Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oscar. Pokaż wszystkie posty

17 sty 2017

Od Oscara C.D Dakoty

Nagle poczułem gwałtowne uderzenie i z poślizgiem upadłem na bok. Do moich uszu dotarł czyiś nieznajomy głos krzyczący coś co prawdopodobnie miało mnie przestraszyć. Przewróciłem się na plecy i zacząłem wymachiwać łapami, starając się złapać równowagę. Kiedy wreszcie udało mi się to, obrzuciłem wymownym spojrzeniem suczkę która najwyraźniej była sprawczynią tego wszystkiego.
- Zawału prawie dostałem. - uśmiechnąłem się półgębkiem, - Jeszcze chwila a leżałbym nieżywy i miałabyś na sumieniu jedno, niewinne życie.
Suczka prychnęła tylko cicho ale ogon nie przestawał jej się ruszać. Przyjrzałem jej się uważnie - była to "pospolita" psina husky, choć definitywnie wyróżniała się barwnymi oczami (które w pewnej chwili z bólem przypomniały mi matkę) i ... tak. Już myślałem że obędzie się bez większych ode mnie samic, ale nieee. Kolejny okaz płci pięknej większy ode mnie dwa razy bardziej. Żyć nie umierać.
- Jestem Dakota. - przywitała się radośnie. Najwyraźniej musiała dołączyć niedawno, bo mimo że nasiąknęła już zapachem tych terenów, to nigdy jej wcześniej nie zauważyłem. Możliwość bierze się z tego że ustalała to z Brook.
- Oscar, złotko. - wytrzepałem się z resztek ziemi która osiadła na moim futrze na wskutek cudownego ślizgu o drogę. Po tej jakże kreatywnej wymianie zdań nastała typowa dla takich sytuacji cisza, której nie sposób mi było przerwać. Ale jako że chyba oboje nie należeliśmy do osób małomównych, naszym zadaniem było zaproponować coś twórczego do zajęcia.
- Byłaś już na wszystkich terenach? - kiedy suczka pokręciła głową, westchnąłem z ulgą. - W takim razie moim obowiązkiem jest ci je pokazać bo, broń Boże, mogłabyś się zgubić.
- Oby do tego nie doszło. - rzuciła Dakota popychając mnie lekko łapą.
Nie było to może najbardziej zapierające dech w piersiach poznanie, jednak czego można było się spodziewać w tych dosyć komicznych okolicznościach.
- Okej. - dodałem tonem "słuchaj mnie bo ja wiem lepiej", odwracając się w stronę Długiego Pomostu. - To jest most na który raczej nie polecam wchodzić. Z własnego doświadczenia wiem ze to nie jest najprzyjemniejsze uczucie.
- Taak? - uśmiechnęła się tajemniczo - A czemu? - po tych słowach z dumnie podniesionym ogonem wbiegła na stary most który pod jej, co prawda lekkim ciężarem, zachwiał się niebezpiecznie. Dakota jednak najwyraźniej mimo trochę mniej pewnego kroku próbowała utrzymać odważną minę. Przewróciłem oczami i mimo woli potruchtałem za nią.
- Widzisz to? - spytałem dramatycznym głosem wskazując na lekko naderwaną deskę. - Kiedyś postawiłem tu łapę i już nigdy więcej jej nie widziałem.
- Łapy? - uniosła brew i zerknęła na moje nogi.
- Deski. - westchnąłem teatralnie.
Dakota? Pewnie nieźle rozwaliłam twój charakter ale ciii xd

15 sty 2017

Od Oscara do Dakoty

Przekląłem w myślach zimę i po raz kolejny wstałem z ziemi. Ile razy wciągu jednej godziny można przewrócić się na lodzie? Niby to normalne, ale kto ma tyle cierpliwości by bez emocji co pięć minut trafiać pyskiem w śnieg.
Westchnąłem teatralnie i szurając łapami po zamarzniętej ścieżce, ruszyłem dalej. Nie powiem, nie było moim marzeniem dostać wieczorny patrol terenów kiedy zimno jest na szczycie swoich możliwości, nie śmiałem jednak marudzić. Kiedy do moich uszu dotarł znajomy szum wodospadów, westchnąłem z ulgą. Przynajmniej w Tropikalnym Lesie będzie cieplej.
I nie myliłem się - śnieg zaczął powoli ustępować parnej mgiełce która oblegała całe obszary sforowej dżungli. Tutaj w zimę pogoda była wręcz idealna - ni gorąco ni zimno. Wciągnąłem słodki zapach rosnących tu kwiatów i ruszyłem wydeptaną dróżką.
Nie minęła chwila a moim oczom ukazał się drewniany, znany już most rozpościerający się nad niższymi partiami lasu. Nigdy nie lubiłem tędy przechodzić, w końcu most jest już stary i nie wiadomo kiedy odpadnie jakaś deska na której niefortunnie postawiłeś łapę. Nie było jednak wyboru - była to najkrótsza ścieżka do Wodospadów a przejście dołem równało się z nieprzyjemnym spotkaniem jadowitych węży i Bóg wie czego jeszcze.
Zacisnąłem zęby i niespokojnym truchtem wbiegłem na drewnianą konstrukcję. Okej... pierwsza deska, druga deska... trzecia... Wróć. Do moich uszu dotarł nieznajomy dźwięk jak i zapach, mieszający się z resztą woni tropikalności.
Podniosłem wyżej nos by móc ponownie wyłapać jakieś oznaki innego życia. Po chwili takowe dostałem - jak i zresztą zobaczyłem. Z drugiego końca mostu zauważyłem czyjąś sylwetkę, definitywnie przypominającą psią. Wstrzymałem oddech nie bardzo wiedząc co zrobić, ale po chwili zdałem sobie sprawę że nie znam tego psa, a on był na moich terenach. Spiąłem mięśnie gotowy do walki.
Dakota?

14 sty 2017

Od Oscara - Loteria (Ruby)

Właśnie wygrzewałem się bladymi promieniami słońca przy jaskini, kiedy do mojego nosa doszła niepokojąca woń. Podniosłem głowę rozglądając się uważnie i śledząc każde drżenie pojedynczego źdźbła. Minęła dłuższa chwila a nic się nie pojawiało, dlatego przez chwilę miałem wrażenie że może po prostu pomyliłem się z zapachem przebiegającego królika.
Nie było to jednak słuszne - zaraz po przejściu tych wątpliwości, usłyszałem miękki dźwięk pędzących łap i zza zakrętu wybiegło szare, postawne stworzenie. Wstałem gwałtownie, jeżąc sierść i obnażając kły gdyż skołtunione, szarawe futro, postura psa i dziki błysk w oku uświadomił mi z kim się spotkałem, jednak tego ranka ponownie się pomyliłem. Wilk, a raczej wilczyca, najwyraźniej nie miała złych zamiarów bo była cała zdyszana i nie napinała mięśni gotowa do ataku. Wręcz przeciwnie - patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem starając się przyodziać jak najbardziej niewinną postawę. Uspokoiłem się więc, wygładziłem sierść i odsunąłem pazury by wyglądać na godnego zaufania. Kiedy wadera się nieco wyluzowała, usiadła i zmierzyła mnie pełnym paniki spojrzeniem, powiedziała:
- Jestem Nathalie. - sapnęła cicho. - Wybacz że tak cię wystraszyłam jednak jestem okropnie zagubiona. Pierwszy raz przychodzę z prośbą do psów, - w tych słowach wykryłem nutę zniesmaczenia, którą mimo zbierającego się warknięcia w gardle, postanowiłem zignorować. - jednak ta sytuacja jest ... wyjątkowa. Czy mogłabym liczyć na waszą pomoc?
- Zależy o co chodzi. - usiadłem, uważnie lustrując wilczycę.
- Jestem opiekunką szczeniąt w wędrownej watasze która na zimę zatrzymała się na obrzeżach tych terenów. - wytłumaczyła co chwilę strzelając oczami dookoła, jakby spodziewała się zostać przyłapana. - Wszystkie inne opiekunki zachorowały, więc dali mi samej pod opiekę wszystkie piętnaście rozbrykanych szczeniąt. Przymknęłam tylko na chwilę oczy i ... - wykrztusiła, patrząc na mnie słabo: - Gdzieś zniknęły. Błagam, pomóżcie mi! Jestem roztrzęsiona a samej nie uda mi się ich odnaleźć! Obiecuje że wynagrodzę was uczciwie!
Cóż, nie mogłem jej odmówić więc już po kilku godzinach i uzgodnieniach z resztą Rady Psów, zorganizowaliśmy wielkie poszukiwania. Wszyscy zaczęli szukać i ja również postanowiłem pomóc. Dlatego kiedy tylko udało mi się załatwić wszystkie patrole, upolować dwa zające dla sfory i dokończyć "papierkową robotę", udało mi się wymknąć z Obozowiska wieczorem.
Przytknąłem nos do stwardniałej ziemi i wciągnąłem ostre powietrze, doszukując się nieznajomych zapachów. Niestety nic takiego nie wykryłem, więc zostałem zmuszony "iść na ślepo", głębiej w tereny.
Kluczyłem między drzewami, zaglądałem do nor, skakałem w długiej trawie ... Nic. Żadnych śladów wilczej obecności. Trwało to na tyle długo że zdążyło się porządnie ściemnić i dopiero wtedy, kiedy chciałem się już poddać, doszedł do mnie nikły zapach. Rozentuzjazmowany ruszyłem tropem który z każdym mijanym drzewem robił się coraz mocniejszy. W pewnym momencie czułem go tak intensywnie że mogłem pędzić najszybciej jak potrafiłem a i tak nie zgubiłbym go.
Ten szaleńczy bieg nie mógł się jednak dobrze skończyć - nim w ogóle zdążyłem zareagować, las przerzedził się ustępując miejsca polanie. Ale nie byle jakiej polanie - polanie w środku Zwykłego Lasku, nieopodal Jeziora Amora. A wiecie co się na takich polanach znajduje? Tak. Białki.
A więc ja, najrozsądniejszy pies pod słońcem, zamiast widząc białe płatki z oddali, nie zwolniłem. Bo po co? Można lecieć z pełną prędkością, kto zabroni!
Na szczęście trochę mądrości od matki zostało bo zanim postawiłem swą świętą łapę na łączce, wziąłem głęboki oddech i zamknąłem pysk. Ha, choć pierwszy raz w tym życiu.
Zakląłem w myślach we wszystkich językach które znałem i gdy straciłem rozpęd, szybko wycofałem się do tyłu. Nie uszło mojej uwadze że bądź co bądź machnąłem na kwiatki które z radością wypuściły różowy, przeklęty pyłek. Wypuściłem głośno powietrze i rozkaszlałem się. Tak, to było nader inteligentne. Brawo Oscar, brawo. Znasz te okolice prawie jak własną kieszeń a o takich rzeczach zapominać? Ah, starość nie radość...(Pomińmy sam fakt że mam ledwo trzy lata).
Niestety. Nie dane mi było oddalić się szybko od miejsca zdarzeń bo gdy ponownie wciągnąłem woń, ta najciekawsza była naprawdę mocna. Zresztą kiedy odwróciłem się do zbiorowiska Białków, ujrzałem ledwo zauważalny szary punkcik.
- Cholera. - warknąłem w myślach i machnąłem ze złością ogonem. - No to będzie zabawa.
No i znowu wykazałem się szczytową głupotą bo cofnąłem się nieco do tyłu. Ależ nie kochani. Nie po to by sobie potruchtać z powrotem do ciepłej jaskini. Po to by wbiec prosto w źródło wiecznych mdłości i omdleń. Oo tak, jak ja to kocham!
Rozpędziłem się więc i zamykając dostęp powietrza do mojego ciała, wparowałem w pole. Sam fakt że wokół mnie szalał różowy, niebezpieczny dym niczym na jakimś Festiwalu Kolorów był nieco odpychający ale to że mam uratować przed nim małego wilka...Ah, co ja robię ze swoim życiem.
Rozmyślając tak nad sensem wbiegania prosto w choróbsko, po raz kolejny nie zdążyłem wyhamować i poczułem niewielką, puchatą przeszkodę pod swoimi łapami. Przejechałem pyskiem po ziemi, starając się za wszelką cenę nie wydać z siebie żadnych dźwięków. Szybko wstałem na równe nogi i odwróciłem się.
Pył był wszędzie - podnosił się do góry jakbym znalazł się właśnie w wesołej wersji Mglistej Dżungli, która niestety jeszcze bardziej utrudniała mi poruszanie się. Na szczęście widziałem jeszcze co jest krótko przede mną, więc nie uszła mojej uwadze mała, szarawa kulka zwinięta i drżąca między kwiatami. Bez zastanowienia chwyciłem ją w zęby i przymykając oczy wbiegłem - jak mi się zdawało - w stronę wyjścia.
"I don't wanna clean my room!"  Wolf pup.: Kiedy poczułem "czystość powietrza" położyłem malca przy jakimś drzewie i z przyjemnością wykonałem salwę kaszlnięć. Wilczek również skorzystał z tego przywileju i przez następne kilka minut słychać było tylko kasłanie.
- No dobra. - westchnąłem i przyjrzałem się uważnie małemu. Nigdy nie byłem dobry w komunikowaniu się ze szczeniakami a już w szczególności wilczymi, jednak postanowiłem zacząć łagodnie: - Jak ci na imię?
- Ru ... ru... ruby. - jęknął drżąc na całym ciele.
- Żeś się mały nawdychał. - mruknąłem a kiedy poczułem na sobie pytające spojrzenie waderki uśmiechnąłem się nieco za sztucznie: - Nic ważnego. Po prostu ... troszkę cię zemdli i... -
Zobaczyłem nagle na pyszczku Ruby rosnące przerażenie więc szybko dodałem: - Ale to naprawdę nie boli! I .. i jest przyjemne! Znaczy ... nie, nie jest przyjemne... ale .. no... A, cholera! - syknąłem i chwyciłem w zęby nieźle już wystraszoną waderkę. Współczuje w przyszłości moim dzieciom.
Starałem się jak najmniej machać szczenięciem jednak musiałem też iść dosyć sprawnie. Z każdą minutą i z każdym mijanym terenem Ruby piszczała coraz mocniej i coraz mocniej się kurczyła. Wiedziałem że będę musiał się mocno się sprężyć by więcej objawów się u niej nie pojawiło. Nie powiem, czułem się strasznie gdy wiedziałem że z każdym podskokiem na nierównej drodze, to małe szczenię odczuwa więcej bólu. Na szczęście dotarliśmy do Śnieżnych Gór gdzie kryło się Skrzydło Szpitalne. Szybko rozejrzałem się za gabinetem naszej pediatry, Nightshade. Z początku suczka zmierzyła mnie z lekka znudzonym spojrzeniem, jednak kiedy zauważyła stan młodej, szybko się opanowała. Szybkim ruchem pyska wskazała mi kamień pokryty grubą warstwą mchu.
- Połóż ją tutaj. - rozkazała stanowczo Nightshade i machnięciem ogona kazała mi stąd uciekać. Długo nie musiała mnie namawiać bo Ruby najwyraźniej zbierało się na mocne mdłości. Pobiegłem więc do Nathalie która poinformowała mnie że jeśli nie będzie w tym czasie szukać szczeniaków, znajdę ją w starym, przewalonym dębię nieopodal Starej Puszczy przy której obozowały wilki.
Kiedy już ją znalazłem wadera była wniebowzięta i rozkazała mi przyprowadzić Ruby prosto do niej kiedy tylko zostanie wyleczona. Wróciłem więc do jaskini medycznej po upływie pół godziny i z niepewnością zerknąłem do gabinetu suczki. Ta podawała właśnie jakaś niesmaczną mieszankę waderce, która układała się do smacznego snu.
- Niech śpi. - powiedziała cicho i zgrabnie zawinęła ogon wokół łap. - Przyda jej się trochę odpoczynku.
Nie bardzo wiedząc więc co zrobić wyręczyłem Brooklyn w jej patrolu i obszedłem tereny. Kiedy zbliżałem się do znajomej mi już polanki, z ulgą stwierdziłem że ślad po naszym dzisiejszym wypadzie zniknął.
Wróciłem do Nightshade i Ruby, która rozbudzona latała właśnie po jaskini obwąchując przeróżne rzeczy.
- Hej, mała. - zawołałem do niej. - Idziemy do mamy?
Ruby szczeknęła wesoło i potruchtała za mną do wyjścia. Nie była to łatwa droga - waderka co chwilę podskakiwała, piszczała, obwąchiwała i latała dookoła
- Wiesz jakie to było dziwne? - pisnęła po raz kolejny. - Normalnie taki odloooot... Myślałam że mi głowa odpadnie i strasznie chciało mi się rzygać!
Przewróciłem oczami. Po bezbronnej, wystraszonej waderce nie pozostał żaden ślad. Cierpliwie znosiłem jej zaczepki która z każdą sekundą robiły się coraz bardziej irytujące. Dlatego więc gdy ujrzałem przewalone drzewo westchnąłem z ulgą. Z wnętrza wysunął się niepewnie jasny pysk a zaraz po nim reszta wilczycy. Nathalie podbiegła do nas z radością i liznęła czuło Ruby.
- Dlaczego mi to zrobiliście? - szepnęła cicho i szturchnęła delikatnie szczenię. Podniosła na mnie wzrok żółtawych, przepełnionych radością oczu i dodała: - Dziękuje. Już myślałam że nie ma nadziei na odnalezienie malców ale powiększyłeś mi tą iskierkę. - mówiąc to ponownie zerknęła na Ruby, skaczącą jej pod nogami. Uśmiechnąłem się nieznacznie. Może jestem za miękki ale rozczulał mnie widok radosnej rodziny. Myśląc o tym przez głowę przebiegło mi jedno ze zdań które nie sposób było zapomnieć.
"Nie pozwolę cię skrzywdzić. - szepnęła cicho ciemna suczka, mrużąc  barwne oczy. - Już wystarczająco wiele razy na to pozwoliłam w swoim życiu. Jeśli kiedykolwiek będziesz się bał - będę zawsze przy tobie".
Tak proste i niby suche słowa, a jednak utrwaliły się w mojej głowie na stałe.

Opowiadanie zaliczone! //Brooklyn


9 sty 2017

Od Oscara C.D Brooklyn/Cole

Uśmiechnąłem się niby sam do siebie i dodałem jeszcze po chwili wahania:
- Moja mama również opowiadała bardzo dużo o rudej borderce. - zobaczyłem jak suczka nastawia uszu mimo że szliśmy gęsiego przez strome zbocze. - Mówiła że okropnie żałuje słów które wypowiedziała w tamtej sprzeczce i było jej strasznie wstyd, choć trudno było ukryć smutną radość z jaką mówiła o twojej matce.
Brooklyn najwyraźniej usatysfakcjonowała ta odpowiedź i dalej nie ciągnęliśmy tematu. Spytała więc:
- Po co mnie wołałeś?
- Ah, właśnie. - przypomniałem sobie nagle. Do moich splątanych myśli ponownie powrócił zdumiewający obraz o których chciałem jej powiedzieć. - Podczas robienia spisu napotkałem bardzo specyficzne zwierzę. Chciałbym się nim z wami podzielić.
Wgłębi duszy wiedziałem o jakim stworzeniu tu mowa - wiele, wiele razy labradorka raczyła mnie cudownymi historiami o magicznych zwierzętach które mieszkały na tych terenach. A więc mimo że wiele dni minęło od tych opowiastek to dziecko nigdy tego nie zapomni.
Po drodze zgarnąłem również Cole`a który zawzięcie pisał coś na ścianie jaskini Zebrań; prawdopodobnie regulamin. Dalej ruszyliśmy zlodowaciałą drogą przez zwykły lasek co rusz potykając się o brodzące w puchu własne łapy, niewidoczny korzeń czy lód ukryty pod grubą warstwą. W końcu jednak przebrnęliśmy przez las i drzewa zaczęły powoli gęstnieć, wzniesienia od Śnieżnych Gór stopniowo się powiększyły, jednak po chwili przełażenia przez skałki i już zdecydowanie starsze drzewa, zabrnęliśmy całkowicie do Starej Puszczy. 
Zawsze ta część sfory najbardziej mi imponowała - wielkie, omszone pnie, dzika gęstwina i brak wolnego miejsca od krzaków, drzew czy gałęzi. Nie marudziłem jednak i wciąż z uwagą wyszukiwałem woni którą napotkałem kilka godzin wstecz.
I wreszcie - poczułem ją. Zresztą też usłyszałem, więc bezgłośnie nakazałem wszystkim usiąść pod przewalonym dębem. Z początku nic nie było słychać, jednak po kilku dłużących chwilach do moich uszu dotarł znany już dźwięk. Brzmiał niczym ćwierkot rozbudzonych ptaków, delikatny świst wiosennego wiatru połączony z cichym szumem wzburzonego strumienia. Gdzieś daleko w tyle dosłyszałem również ostrożny powiew dzwonków, zwisający swe kielichy nad taflą i mógłbym przysiąc że pod nosem poczułem słodki zapach kwiatów. Zresztą potrafiłbym tu siedzieć latami gdyby nie to że coś jeszcze przykuło naszą uwagę.
Między drzewami pojawiła się błękitna mgiełka - niby nic fascynującego w końcu widuje się ją dosyć często. Tak, zdecydowanie nie zwróciłbym na tą większej uwagi gdyby postać nie wysunęła się w pełnej okazałości. Powoli mgiełka zaczęła się formować w zwierzęcy kształt, aż po chwili stała przed nami sarna. Świeciła od niej energia przez którą mógłbym położyć się teraz w gąszczach i zasnąć na sto lat. Spojrzała na nas srebrnymi oczami ale nie uciekła - obserwowała nas uważnie jakby to ona teraz siedziała ukryta pod pniem.
- Patronus. - mruknąłem dostatecznie cicho by nie zakłócić panującej atmosfery. - Duch dawnego stworzenia który zasłużył sobie na dalsze życie. 
Sarna uniosła wyżej zgrabny pysk i zaczęła nasłuchiwać. Najwyraźniej coś dosłyszała bo odwróciła się i w podskokach zniknęła za krzewami. Przez chwilę jeszcze nikt się nie ruszał aż wreszcie Cole powiedział:
- Nigdy nie widziałem takiego stworzenia. - wszyscy pokiwaliśmy lekko głowami na znak że sami jesteśmy w szoku. Wstałem powoli a reszta podążyła za moim przykładem.
- Czy macie jeszcze coś do zrobienia? - spytałem a gdy suczka i pies pokręcili głowami, dodałem: - Może pomożecie mi w spisie? Jest to dosyć pracochłonne i na pewno nie zrobię tego w jeden dzień. 
- Czemu nie. - wzruszyła ramionami Brooklyn gdy wychodziliśmy na jako taką dróżkę. 
Brook? xd

8 sty 2017

Od Oscara C.D Brooklyn

- Zawsze do usług. - uśmiechnąłem się  starając się na beztroski ton choć nie było to łatwe kiedy patrzyłeś pysk w pysk z psami, mimo że od tygodni nie widziałeś tu żywej duszy. Zmierzyłem jeszcze raz postawnego owczarka oraz - dzięki bogu - mojego wzrostu suczkę. Strzepnąłem resztki króliczego mięsa z wąsów i wstałem. - A tak w ogóle, Oscar jestem.
- Brooklyn. - odpowiedziała borderka, jakby wciąż nie mogąc wyjść z zaskoczenia.
- Cole. - pies kiwnął lekko głową i zaczął nerwowo przebierać łapami. Czemu się dziwić, nagle ni stąd ni zowąd idziesz sobie na polowanie a tu nagle z nieba spadają ci dwa psy których na oczy nie widziałeś, mimo długiego pobytu w tych rejonach.
- Wszystko już sobie rozpracowałam, z ... mamą. - ostatnie słowo najwyraźniej nie przechodziło łatwo przez gardło Brook. Nie dała jednak po sobie poznać że coś jest nie tak, mimo to nabrałem wątpliwości i podejrzeń. Jednak jako porządny dżentelmen, wraz z Cole`m zachowaliśmy ciszę.
Ruszyliśmy grupą przez ośnieżoną polankę za suczką która najwyraźniej doskonale wiedziała co mamy teraz zrobić. W tym czasie zająłem się przyglądaniem się moim towarzyszom - miałem nadzieje wykryć w nich podobieństwo do postaci tak opisywanych z uwielbieniem przez moją matkę. Szybko jednak z tego zrezygnowałem - pewnie mógłbym zgadnąć gdybym widział ich wszystkich na oczy, jednak tylko z opowieści wyobraźnia może wytworzyć zupełnie innego psa.
- W Śnieżnych Górach wykryłam naprawdę dużo jaskiń. - powiedziała borderka gdy doszliśmy do początku pasu gór. - Mogłyby służyć za mieszkania.
- Ale czy przypadkiem w tych szczytach nie mieszkają niedźwiedzie?  - spytałem z powątpiewaniem zerkając na wzniesienia.
- Mieszkają. - odpowiedział Cole z dziwnym błyskiem w oku. Po tej oczywistej odpowiedzi nie znalazłem niczego sensownego do obrony, więc musiałem się zgodzić. Poza tym w dziuplach nie będziemy mieszkać, więc ta opcja wydawała się najsensowniejsza.
Po chwili uzgodniliśmy że musimy znaleźć dwie groty, idealnie nadające się dla medyków i spotkań. Nie łatwo było je znaleźć - w jednej ledwo co się mieścił jeden pies, w innej mieszkało pokaźne stado szczurów a w jeszcze innej przeciekał sufit. W końcu odkryliśmy te perełki - jedna z jaskiń miała perfekcyjne wzniesienie na którym widać było całe wnętrze a druga miała wystarczająco dużo odnóg dla "gabinetów" medyków. W dodatku była prawie całkowicie wyłożona miękkim mchem przez co same podłoże było już łóżkiem szpitalnym.
<Cole? Brook?>


Od Oscara

Przymknąłem oczy próbując uchronić je przed ostrym wiatrem. Niewiele to dało gdyż byłem w odkrytym miejscu mimo że wokół, choć nikłe, rosły drzewa.
Z każdym dźwiękiem odruchowo spinałem mięśnie gotów do ataku. Potem i tak okazywało się że był to przefruwający ptak czy trzask odłamywanej od zimna gałęzi. Wszystko jednak wydawało się dwa razy groźniejsze gdy szedłem przez ośnieżony las, całkowicie na widoku i w dodatku jeszcze sam. Czemu się dziwić - nie wyczuwałem żadnej psiej obecności w przeciągu metrów a nawet kilometrów, ale może to dlatego że był środek zimy i mój nos nie funkcjonował tak jak powinien.
Mimo że minęły już tygodnie od początku mojej samodzielności to wciąż rana była świeża. W mojej głowie dudniła pustka a szok ledwo co zniknął. Wszystko działo się za szybko.
Nagle dotarła do mnie nikła woń. Zwolniłem nieznacznie i przyłożyłem pysk do stwardniałej ziemi. I choć pokaźne płaty śniegu tłumiły zapach to nie łatwo go zapomnieć głodnemu psu.
Gdy tylko wykierowałem tor zwierzyny, ignorując ból przemarzniętych łap, puściłem się biegiem przez oszronione zarośla. Z każdym krokiem woń nasilała się, aż wbiegłem na polankę. Tam z poślizgiem zatrzymałem się i wycofałem do linii drzew, która jako tako chroniła moją obecność.
Na samym środku stały dwa pokaźne zające, które rozpaczliwie zlizywały rosę z świeżo wygrzebanej trawy. Na ich widok musiałem całą mocą powstrzymać burczenie brzucha i spiąłem mięśnie przygotowując się do skoku.
Zające były wystarczająco blisko bym mógł po dwóch skokach znaleźć się tuż przy nich. Dlatego nim się obejrzałem moje łapy, zanurzając się głęboko w puchu, wyskoczyły do przodu.  Jeden z leśnych stworzeń wydał z siebie głośny kwik gdy zatopiłem w nim kły.
- Nawet śniadania porządnie nie można zjeść, a już ci kolegę zabijają! - wrzasnął drugi szarak machając mi przed twarzą puszystym ogonkiem i znikając po drugiej stronie lasu.
Przewróciłem oczami, zbywając uwagi dzikich królików i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę że dalej trzymam zęby w biednym ciele mojego śniadania. Zaciągnąłem więc swą zdobycz pod krzak, przy okazji robiąc pokaźny ślad na śniegu, i zabrałem się do konsumpcji, której tak mi ostatnio brakowało.
Wszystko byłoby idealnie gdyby nie to że z nieba spadła mi wielka kula futra, wgniatając mój pysk w zmordowanego zająca. Nie oszukujmy się, nie było to najprzyjemniejsze uczucie jakie kiedykolwiek doświadczyłem.
- Wybacz! - usłyszałem czyiś damski głos i jęknąłem gdy wreszcie ciężar spadł z mojej głowy. Przede mną siedziała czarno-biała suczka border collie, wytrzepująca właśnie liście ze swojego futra. Zmierzyłem ją uważnym spojrzeniem choć chyba nie wyglądało to tak poważnie jak sobie obmyśliłem, bo borderka z trudem powstrzymywała się od prychnięcia. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę że mam resztki zająca na pysku, kiedy suczka wspaniałomyślnie wsadziła mi go w jego wnętrzności.
- Od kiedy nie jestem tutaj sam?  - spytałem próbując uspokoić mieszane myśli kołatające mi w niegdyś pełnej negatywnych teorii.
<Brook? xd>


7 sty 2017

Oscar - Samiec Beta!

"Tylko wariaci są coś warci"
little-fox-adventures: “  Gonyukhova Анна ”:
By atraversso from Tumblr/Pinterest
IMIĘ: W sumie to nazywa się Oscar. Ma jednak bardzo dużo przezwisk jak Puzzle lub Oscy. Nazywaj go jak chcesz, za bardzo się nie przejmie czy zwrócisz się do niego Karolinka, jakoś nigdy nie interesował się pseudonimami.
WIEK: Cóż na pewno nie jest starym, zgrzybiałym starcem choć już dawno wyrósł z lat szczenięcych. Powiedzmy że jest on w kwiecie wieku - 3 lata, to w końcu już coś!
PŁEĆ: Pies, samiec.
GŁOS: Bastille
CHARAKTER: Oscar to na pewno bardzo zmienny pies. Mówi się że to kobieta zmienną jest, jednak w tym przypadku stawiamy na tę  posadę samca. Mimo tego oczywiście ma swój własny, oryginalny charakter jak każdy z nas - jest nim przede wszystkim za duża dawka optymizmu. Czasem jest jej aż za dużo i zamienia się to w suchą sztuczność. Może nie jest typem pocieszyciela jako że czasem potrafi walnąć z grubej rury coś niesmacznie szczerego, choć osoby które żyją z nim trochę dłużej, przyzwyczaiły się do dystansu jakim kieruje Puzzle. Nie jest psem fizycznie dobrze obdarzonym więc nadrabia to czystą nienawiścią ukazywaną bijącymi słowami. Może się to wydawać nieoczywiste jednak przez to czasem zyskuje przewagę nad wrogiem. Nie lubi samotności, woli być raczej wśród innych - czuje wtedy że nie jest sam w razie niebezpieczeństwa. Nie pogardzi jednak chwilą spokoju i ciszy - lubi sobie porankami siadać przy jeziorku i oglądać chlupot obudzonych zwierząt morskich. Ma również dziwną przypadłość mówienia do każdej rasy i rodzaju płci żeńskiej "złotko", choć nie ma to nic związanego z jego uczuciami. Oscar mimo że jego rodzina nie słynęła z medycyny, gdyby tylko mógł, zostałby medykiem. Mimo jego mało spokojnego charakteru, zrobi wszystko by ujrzeć uśmiech na czyimś pysku. Powtarza że "siebie znam, teraz tylko trzeba mieć pewność że z tobą wszystko w porządku" . 
APARYCJA: 
  • Budowa: Jak już wspomniałam powyżej, Oscar nie dysponuje zbyt dużą ilością mięśni. Ma za to wystarczająco długie łapy by szybko uciec od zagrożenia i silny węch oraz wzrok, dzięki czemu łatwo wyczuje niebezpieczeństwo. Długie, lekko zaokrąglone uszy, różowo-brązowy nos czy niższy wzrost dodają mu niewinności i szczenięcego wyglądu. Co do wzrostu, jest na niego bardzo wrażliwy - nienawidzi kiedy suczki są od niego wyższe, bo choć nie zdarza się to stosunkowo często to i tak wystarczająco by rozdrażnić Oscara (czytaj; bardzo mało razy)
  • Znaki szczególne: Wydaje się że jego czekoladowo-białe umaszczenie widać z daleka, co sprawia że wiele osób go rozpoznaje.
  • Rasa: Kundel. Jest duże prawdopodobieństwo że w jego rodzinie znalazło się kilka border collie`ów, jako że trochę je przypomina.
STANOWISKO: Samiec Beta & Archeolog
RODZINA: 
  • Maneki-Neko - Matka. Była kundlem, połączeniem labradora z nieznaną rasą. Kiedyś jako pierwsza sprawowała władzę nad sforą, teraz ślad po niej zaginął. 
Reszty nie znał nigdy i prawdopodobnie nigdy nie pozna.
    MIŁOŚĆ: Na razie się na to nie pisze.
    HISTORIA: Zaczęło się to od 13 grudnia w śnieżny, mroźny dzień w pięknym lesie pod wielkim dębem, Zawsze było obiektem jego wiecznych, dziecinnych zabaw - wspinał się na nie każdego dnia by poczuć się jak król potężnych drzew, jezior i gęstych łąk. Po roku wesołych harców i cudownych nauk przeżycia w dzikim świecie, nastał czas zmian. Pewnego ranka, niby zupełnie takiego samego jak wszystkie inne, obudził się bez ciemnej labradorki u boku. Jak się potem okazało - już nigdy więcej jej nie znalazł. Zamiast tego po przejściu na nieznaną część terenów, spotkał dwoje psów które w dużej mierze przyczyniły się do bardzo ważnego momentu w jego życiu - utworzenia Pack Dog Heaven.
    KONTAKT: Puzzle [H]