28 sty 2017

Od Indili do Poety

Siedziałam sobie i się nudziłam.Nic się nowego nie działo.Postanowiłam sobie pobiegać.Właśnie tak zrobiłam.Niestety,zapuściłam się gdzieś,nie wiedziałam gdzie.Ujrzałam szare futro.Już miałam się przywitać z psem,lecz to wcale nie był pies.To był wilk! Wilk! Trzęsły mi się łapy ze strachu.Ale zamiast stchórzyć,powiedziałam do wilka:
-Czego chcesz?! Znajdź kogoś w swoim rozmiarze! Co z ciebie za twardziel,skoro atakujesz małe suczki?!
Wilk warknął w odpowiedzi i zbliżył się.Ja też warknęłam.Nie miałam zamiaru się poddawać
-Czego chcesz?!!-Powtórzyłam,po raz setny warcząc.Wilk również.Widać było,że się wkurzył,lecz był nieco zdziwiony moją odwagą.Tak właśnie miało być.Ale ten wredny wilczur się nie poddawał,dokładnie tak jak ja.Już,już miał mnie ugryźć,ale nadbiegł ktoś o szarym kolorze.Bałam się że to drugi wilk.Ale tym razem to był wielki pies.Zaczął warczeć i donośnie szczekać.Przyłączyłam się,lecz mój szczek był bardziej piskliwy.Wredny wilczur,z początku się nie zrażał,lecz potem wyraźnie miał dość naszego ujadania i sobie poszedł.
-Dziękuje.-Powiedziałam do nieznajomego.-Jestem Indila.
Poeta?

26 sty 2017

Wyniki Loterii!

Mijały sekundy, minuty, godziny i dni, a wciąż nie wszystkie szczeniaki pozostały odnalezione. W pewnym momencie Nathalie nie mogła już dłużej czekać, musiała wracać do watahy. Siedem małych wilków: Kashmira, Victor, Leviathan, Samantha, Garry, Ruth i Belle zostało uznane za martwe. Pozostała ósemka miała powrócić do swoich razem z opiekunką, która mimo i tak sporej pomocy odeszła ze złym nastawieniem do naszej sfory. Nie wiadomo, co przekaże swojej watasze i jak na tym wyjdziemy, jednak dotrzymała obietnicy, jeśli chodzi o nagrody.

Tak, kochani, w ten oto sposób kończymy pierwszy event. Chyba pora na najdłużej wyczekiwany moment, czyli losowanie nagród. 

Nagrody Złote, które kryły się pod tymi numerkami:

2. Pęk kluczy - klucz uniwersalny oraz 10ZK i 5SK (otrzymuje Dante)
5. 50ZK (otrzymuje Zuzanna)
7. Immortality (otrzymuje Brooklyn)
8. Kupon (otrzymuje Ayano)
14. Dowolna nagroda z kategorii złotej, srebrnej lub brązowej. (otrzymuje Oscar)

Nagrody Srebrne, które kryły się pod tymi numerkami:

1. Pęk kluczy - klucz zwykły średni (otrzymuje Brooklyn)
4. 10ZK i 50SK (brak zwycięzcy)
9. Pęk kluczy - klucz magiczny mały (brak zwycięzcy)
12. Eliksir Farleat oraz 5ZK (brak zwycięzcy)
15. Dowolna nagroda z kategorii srebrnej lub brązowej. (otrzymuje Dante)

Nagrody Brązowej, które kryły się pod tymi numerkami:

3. Dowolna nagroda z kategorii brązowej. (brak zwycięzcy)
6. Pęk kluczy - klucz zwykły mały (brak zwycięzcy)
10. 15SK (brak zwycięzcy)
11. 10SK (brak zwycięzcy)
13. Eliksir Charlue (otrzymuje Indila)

Gratulujemy wszystkim zwycięzcom!
Osoby, które otrzymały możliwość wybrania dowolnej nagrody prosimy o skontaktowanie się z administracją.

24 sty 2017

Od Brooklyn cd Dantego - Loteria (Luka)

 - D..dobra.. - wydukałam wciąż lekko zszokowana.
Biłam się z myślami. Z jednej strony wolałabym iść o własnych siłach, w końcu samiec również był ranny, a ja swoją wagę miałam. Z drugiej, zapewne nie dałabym rady, a w ten sposób dotrzemy szybciej do Packu. Poza tym jego sierść była taka miękka, taka wygodna... Podskoczyłam, kiedy samiec odrobinę przyśpieszył kroku. Odruchowo objęłam go łapami, aby nie spaść. Nie skomentował tego, więc zostawiłam w ten sposób i wtuliłam się w niego. Oczami wyobraźni niemalże widziałam, jak przewraca oczami, jednak wciąż zachowywał milczenie. Uśmiechnęłam się lekko, czego widzieć nie mógł. Po dłuższym czasie panująca cisza zaczynała działać mi na nerwy, przez co byłam zmuszona ją przerwać.
 - Wataha Krwawej Nocy... Myślisz, że bylibyśmy w stanie ich zniszczyć? - spytałam.
 - Zapewne mają przewagę liczebną, więc nie. - odparł oschle.
 - Fakt, nasza dwójka nie da rady, sfora również póki co do liczniejszych nie należy, poza tym nie powinnam ich w to mieszać. Mimo wszystko myślę, że mogłabym udać się na jakiś zwiad, odnaleźć ich i wydobyć cenne informacje... - zamyśliłam się.
 - Na pewno nie w obecnym stanie. - warknął.
 - Co ty się tak o mnie martwisz? - mruknęłam.
Nie było mi dane poznać odpowiedzi, aczkolwiek przyjemne ciepło rozprzestrzeniło się po moim całym ciele. Dalsza wędrówka odbyła się bez rozmów. W pewnym momencie podjęłam decyzję o zrobieniu przerwy. Zaczęło się ściemniać, a samiec zapewne potrzebował chociaż trochę odpoczynku, pomimo tego, że nie wykazywał nawet najmniejszych oznak zmęczenia. Głównie ze względu na niego chciałam się zatrzymać, w innym wypadku nie pozwoliłabym na to za żadne skarby. Kiedy w końcu postawił mnie na ziemi, postanowiłam poszukać nam czegoś do jedzenia, ale skończyło się to bliższym zetknięciem z glebą. Natychmiast pies pojawił się z powrotem koło mnie pod nosem marudząc, że tym razem nie zdążył mnie uratować.
 - Głupio mi z tym, że potrzebuję ciągłej podpory. Jestem takim zbędnym balastem. - westchnęłam cicho.
 - Wyliżesz się z tego. - odpowiedział spokojnie.
 - Ale póki co jestem kłopotem. Przepraszam. - wbiłam wzrok w ziemię.
 - Nie mów tak. - jego głos był zimny i stanowczy.
Zdecydowałam się nie odzywać, jednak w myślach wciąż przeklinałam te cholerne rany.
 - Idę coś upolować. - oznajmił tuż po rozpaleniu ogniska, po czym zniknął zostawiając mnie pod w miarę rozłożystym drzewem.
Ukryłam łeb w łapach. Czułam się jak kula u nogi, spowalniacz... Przegryzłam wargę. Wtedy do moich nozdrzy dotarł nieznany zapach. Odruchowo cała się spięłam. Chciałam wstać, aby ukryć się wysoko w gałęziach i z góry móc obserwować okolicę, jednak nie było mi to dane. Syknęłam, kiedy po raz kolejny moje ciało zderzyło się z twardym podłożem.
 - Proszę proszę, co my tu mamy? - usłyszałam.
Trudno było nie wyczuć drwiny ukrytej w tych sześciu słowach. Gwałtownie obróciłam łeb i obnażyłam kły. Mym oczom ukazał się wilk mniej więcej mojego wzrostu, oczywiście kiedy stałam. Moja pseudo postawa wojenna wzbudziła w nim śmiech.
 - W ten sposób się nie obronisz, pchlarzu. - rzekł rozbawiony.
 - Mów tak dalej, a stracisz życie szybciej, niż zdążysz mrugnąć. - powiedziałam przez zaciśnięte kły.
 - Ah tak? - po tych słowach podszedł do mnie.
Warknęłam, kiedy odważył się mnie kopnąć.
 - Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale atakowanie rannych jest ciosem poniżej pasa, śmieciu. - wydusiłam między kolejnymi uderzeniami.
 - Takie gnidy, jak wy, nie zasługują na nic więcej. - złośliwy uśmieszek wdarł się na jego pysk.
 - Zostaw ją.
Wzrokiem powędrowałam do Dantego, który wręcz kipiał ze złości. Przeciwnik uważnie przeanalizował wygląd mojego przyjaciela. Zapewne zdał sobie sprawę, że jest dużo mniejszy i nie ma zbytnio szans. Przeklinając cicho pod nosem postanowił się go posłuchać i odszedł w stronę, z której przyszedł.
 - Nic ci nie jest? - samiec odłożył na bok martwego jelenia i podszedł, aby mnie zbadać.
Przez chwilę nawet zapomniał zamaskować troskę, którą było widać na jego pyszczku.
 - Raczej nie. - skłamałam, chociaż ból, jaki mi doskwierał świadczył o czym innym.
Skrzywiłam się, kiedy Dante delikatnie mnie dotknął.
 - Wcale. - warknął.
Właśnie w ten sposób dorobiłam się kolejnych opatrunków, a całą pozostałą drogę do Packu, czyli kolejne parę dni, przebyłam na grzbiecie samca. Dopiero pod koniec, już na naszych terenach byłam wystarczająco silna, aby nie przewracać się na każdym kroku.
 - Poczekaj chwilę. - poprosiłam, kiedy byliśmy już u stóp Śnieżnych Gór.
Podobny obraz
[...]Jak się po chwili okazało, siedział pod nią mały[...]
Moją uwagę zwróciło poruszenie się najbliższej choinki. Jak się po chwili okazało, siedział pod nią mały, przerażony wilk. W pierwszej chwili byłam zaskoczona, później przypomniało mi się, że przecież wciąż trwają poszukiwania szczeniaków watahy.
 - Chodź, mały. Zaprowadzę cię do opiekunki. - uśmiechnęłam się przyjaźnie.
Ku memu zaskoczeniu, młode nawet się nie zastanawiało, od razu podeszło do mnie.
 - Dante, leć już do jaskini, ja muszę udać się do Nathalie. - zwróciłam się do samca.
Pies kiwnął łbem na zgodę. Obróciłam się i powoli zaczęłam odchodzić z maluchem.
 - Brook..? - usłyszałam.
Poruszyłam łbem w stronę, gdzie stał Dante i spojrzałam na niego pytająco. Po jego minie widziałam wyraźną niepewność, ale otworzył pyszczek.
 - Przyjdź do mnie, jak go odprowadzisz. Chcę z tobą porozmawiać. - wymamrotał.
Skinęłam głową na zgodę i posłałam mu delikatny uśmiech, następnie ruszyłam razem z, jak się później okazało, samicą.
 - Luka! - głos opiekunki słychać było z daleka, najwyraźniej tylko czekała, aż ktoś do niej przyjdzie.
Zdecydowałam się zostawić je z resztą szczeniaków i udać się do Dantego. Ciekawość zżerała mnie od środka. O czym takim chciał porozmawiać? Denerwował się, kiedy prosił, ja również zaczęłam, odkąd zaczęłam o tym myśleć. Przekraczając próg jego jaskini przełknęłam ślinę.

Dante? O czym takim chcesz porozmawiać?

Opowiadanie zaliczone [samej sobie xd] //Brooklyn

Event - drobne zmiany

Ponieważ zainteresowanie (mini)eventem spadło praktycznie do zera, postanowiłam odrobinę zmienić zasady.

Po pierwsze: można znaleźć w jednym opowiadaniu więcej, niż jednego malucha (liczba wymaganych słów wzrasta do sumy słów napisanych przy każdym z maluchów).

Po drugie: znika ograniczenie w postaci maksymalnie dwóch wilków na dobę, w związku z czym również można odnaleźć dwa wilki tej samej klasy (np dwa srebrne w jednym opowiadaniu).

Po trzecie: jeżeli do czwartku (26.01.2017) wciąż pozostaną nieodnalezione szczeniaki, event zostanie ukończony. Oczywiście wpłynie to na fabułę w przyszłości (relacje naszej sfory z ową wymyśloną watahą).  Maluchy zostaną uznane za martwe, a wadera odejdzie niezadowolona.

//Administracja.

22 sty 2017

Od Dakoty CD Oskara

Przecież mógł tak od razu powiedzieć, a tak wyszłam na skończoną idiotkę. Czego chciałam uniknąć. Nic nie odpowiedziałam tylko szłam za samcem.
- Żyjesz tam? - zapytał nie obracając się
- Nie
Pies się zatrzymał i popatrzył na mnie i po chwili znów zaczął iść przed siebie na co ja się tylko zaczęłam cicho śmiać.
- Co cię tak śmieszy? - powiedział głośno
- Nic - odpowiedziałam opanowując się w końcu
Szliśmy i szliśmy, aż w końcu dotarliśmy do jakiegoś lasu.
- Chyba nic mi nie zrobisz za to że cię wystraszyłam? - odsunęłam się od samca
Ten tylko westchnął i wywrócił oczami.
- W miejscu, w którym aktualnie się znajdujemy jest Stara Puszcza. Dzięki gęstej roślinności jest to miejsce idealne, aby schować się przed wrogami, lecz nie jest tak kolorowo, bo jest też to miejsce niebezpieczne i nie można tu przebywać szczeniakom. W lesie jest dość mokro i jest wiele bagien, dzięki czemu łatwo jest się poślizgnąć i wpaść do takiej o to sadzaweczki pełnej błota - pokazał łapą wchodząc na jedno z drzew, które było pochylone nad bagnem i miało na sobie dość dużo mchu
Przez ostatnie dni było bardzo deszczowo, a cała woda zgromadziła się w mchu.
- Nie wiem czy to dobry pomysł, abyś wchodził na to drzewo. Możesz spaść - usiadłam z uśmiechem
- Wiem trochę więcej od ciebie, więc jak możesz to słucha co mówię i pamiętaj, aby nigdy nie wchodzić na takie drzewa - zatrzymał się mówiąc do mnie
Szedł jeszcze kilka kroków i ten ostatni nie był zbyt fajny. Kiedy postawił łapę, a raczej nie wiedział gdzie to robi, bo był tak zajęty opowiadaniem mi o lesie. Jego łapa delikatnie się zsunęła i przez to wpadł do bagna rozchlapując błoto na wszystkie strony. Ja ledwo dałam radę usiedzieć bez śmiechu, ale kiedy Oskar wyszedł nie mogłam i pękłam ze śmiechu przewracając się na ziemie i trzymając za brzuch łapami. Był cały w błocie i wyglądał dosłownie jak potwór błotny. Widać było mu tylko oczy.
- Dzięki, że wytłumaczyłeś mi, że nie można chodzić po drzewach. Przecież mówiłam, żebyś tam nie wchodził - wydusiłam z siebie nie przestając się śmiać
Samiec głośno westchnął i zaczął się otrzepywać przy okazji mnie brudząc.
- No co ty robisz?! - krzyknęłam zła
- Nic - uśmiechnął się
Miał szczęście, że tylko trochę mnie ubrudził. Nie powiedział mi gdzie idzie, ale pomyślałam, że pewnie umyć, bo też bym to zrobiła na jego miejscu. Powędrowałam za nim i kilka minut później wyszliśmy z puszczy. Czułam ciepły wiatr i ogólnie było ciepło. Oskar podszedł do jakiegoś jeziora i szybko do niego wskoczył. Kiedy wyszedł w końcu wyglądał jak przed kąpielą w bagnie. Otrzepał się, a jego sierść zaczęła się elektryzować i stanęła jak dęba. To był już drugi powód do śmiechu. Nie mogłam i ponownie wybuchłam niekontrolowanym śmiechem. Samiec zrobił tylko złą minę i po chwili z jego sierścią było już wszystko okej. Miałam nadzieje, że po tych wydarzeniach będzie dalej chciał mnie oprowadzać. Powiedział tylko, abym szła za nim, więc tak zrobiłam. Przechodziliśmy obok różnych miejsc, ale się nie zatrzymywaliśmy. Oskar milczał i to mi nie pasowało. Postanowiłam przerwać tą ciszę.
- Mam pytanie? - uśmiechnęłam się
- Jakie? - słyszałam w jego głosie, że powiedział to niechętnie
- Dlaczego jesteś taki mały? Nawet ja jestem od ciebie większa, a w końcu jestem samicą - wiedziałam, że może to go zdenerwować, ale chciałam się trochę z nim podroczyć

Oskar? Może być? xD

21 sty 2017

Od Indili CD Dantego

Przestraszyłam się trochę.Chwyciłam za ostry kamyk i przecięłam linę.
Dante się uwolnił.Podziękowałam mi cichym  "Dziękuję".
-Nic ci nie jest.-Zapytałam go z lekkim strachem.
-Raczej nie.-Wymamrotał mi w odpowiedzi.
Szybko wyruszyliśmy dalej do sfory.Ja stwierdziłam że muszę już raczej wracać do domu.
Pożegnałam się z nimi poszłam do domu.Dante był dla mnie bardzo miły.Długo o nim myślałam.
Postanowiłam że jutro go odwiedzę.Miałam nadzieję że się ucieszy.
Dante? Kolejny raz przepraszam że tak krótkie :c




20 sty 2017

Od Dantego CD Brooklyn

Trochę zakłopotany sytuacją pokiwałem głową na boki. Nie wiedziałem co zrobić w takiej sytuacji, więc siedziałem i czekałem aż Brooklyn puści. W oczekiwaniach jednak trwało to za długo więc po prostu odwzajemniłem delikatnie.
- Zjedź coś - burknąłem, odsuwając się. Brok popatrzyła na mnie chwilę po czym kiwneła głową i poszła coś zjeść. Ja położyłem się tam gdzie wcześniej i patrzyłem przed siebie. Byłem zamyślony i podsumowywałem podjęte decyzje. To było długie parę dni...
- Powinniśmy już wracać. - powiedziała znad jedzenia moja towarzyszka - Nie ma nas już całkiem długo. - dodała, lekko zmarwionym głosem. Wzruszyłem ramionami. Gdy tylko się rozjaśniło ruszyliśmy w drogę, tym razem powoli, ponieważ Brooklyn wciąż kołysała się na nogach. Odmawiała jednak dalszego odpoczynku, więc nie miałem szczególnego wyboru. Musiałem tylko pilnować by nie upadła, ponieważ jej stan był poważny. Szliśmy cały dzień, a mi udało się ją namówić by na noc się zatrzymać i przeczekać najgorszą ciemność. Podczas naszego drzemania, lekko już wybudzony, zauważyłem że zakażona rana bardzo brzydko zaczeła wyglądać. Wstałem natychmiast i korzystając z tego że jeszcze śpi wybiegłem by poszukać odpowiednich ziół. Tylnia łapa bardzo mnie piekła, w końcu ja też jeszcze się nie wylizałem ze swojej nieuwagi. Gdy znalazłem trochę ziół które mogą służyć za opatrunek wróciłem do mojej towarzyszki, która właśnie wstała. Zdziwiła się, że gdzieś poszedłem, jednak ja szybko położyłem zioła koło niej, po czym jedną łapą przytrzymałem jej głowę do ziemi.
- Może zaboleć - powiedziałem niespokojnym głosem, po czym wziąłem w pysk zaostrzony kamyczek, który znalazłem w jaskini której się zatrzymaliśmy. Zacząłem oczyszczać ranę, a Brok leżała z zaciśniętymi zębami i piszczała. Zrobiło mi się jej strasznie żal, jednak wiedziałem że to trzeba zrobić, a gdybym wcześniej jej o tym powiedział, bardzo by się zdenerwowała. Kiedy zabieg doszedł do końca opatrzyłem świeżą ranę i poszedłem się napić.
- Już? - szepneła Brooklyn, ocierając łapkami łzy. - Mogłeś ostrzec - mówiła dalej.
- Nie mogłem - syknąłem, ciągle jednak zmartwiony. - Teraz musisz odpocząc... parę godzin przynajmniej. - odpowiedziałem, a ona popatrzyła przerażona.
- Nie możemy czekać aż tak długo! - warknęła, próbując wstać. Rana była akurat na łopatce, więc nie udało jej się i upadła. Tuż przed tym zdążyłem ją złapać. Westchnąłem, więdząc że będzie próbować wstawać dalej i muszę coś wymyślić. Po chwili powoli wpakowałem towarzyszkę na moje plecy, po czym odrobinę kulejąc ruszyłem w stronę sfory.
- Tylko mi się nie wierć. - ostrzegłem szorstko.

Brok?

19 sty 2017

Od Brooklyn cd Dantego

Obraz powoli zaczynał mi się wyostrzać. Znajdowałam się w jakiejś jaskini, obok mnie leżała miska z wodą, ryba i jakiś zając czy tam królik. Zanim zaczęłam zastanawiać się, jakim cudem, kątem oka dostrzegłam sylwetkę psa po drugiej stronie. Zacisnęłam kły. Powróciły do mnie wszystkie emocje sprzed omdlenia. Gwałtownie podniosłam się z ziemi, czego natychmiast pożałowałam. Świat zawirował, a przynajmniej tak odebrał to mój mózg robiąc mi przed oczami cudowną karuzelę. Podłoże zaczęło przybliżać się do mnie w zaskakująco szybkim tempie, a przynajmniej na początku mi się tak wydawało, bo to ja upadałam. Czas wydawał się zwolnić. Nim zaliczyłam bliższe spotkanie z glebą, poczułam jak ktoś ratuje mnie od lądowania. Trzymał mnie swoimi silnymi łapami, dopóki nie odzyskałam równowagi. Wzrok miałam wbity w ziemię. Wymruczałam ciche podziękowanie. Z jednej strony chciałam rzucić mu się do gardła, wygarnąć wszystko, wyżyć się, dać upust zebranej przy kłótni złości... Z drugiej zaś ogarnął mnie ogromny żal i powstała gula w gardle. Powstrzymywałam cisnące się do oczu łzy. Teraz, kiedy był tu ponownie, ciężej było mi na niego przeklinać w myślach. Powoli docierał do mnie, że cały ten gniew był spowodowany tym, że on chciał odejść. Niebywałe, w jak krótkim czasie można się do kogoś przywiązać. Dante odsunął się ode mnie, a ja poczułam pewnego rodzaju pustkę.
–Gdzie Trafalgar? - spytałam ostrożnie, nie chcąc urazić ani odstraszyć psa.
–Poszedł. - odpowiedział.
–Dlaczego nie ruszyłeś z nim? - podniosłam wzrok, a wtedy nasze spojrzenia się spotkały.
–Uświadomił mi coś. - powiedział niewyraźnie.
–Czy to znaczy... Że wracasz ze mną do Packu? - nie miałam wystarczająco odwagi, aby dłużej na niego patrzeć.
–Tak. - rzekł krótko.
Ciężar, jaki wisiał nade mną odkąd Dante miał odejść właśnie zniknął powodując na moim pysku cień uśmiechu. Chwiejnym krokiem zbliżyłam się do niego. Przez chwilę zachowaliśmy pewną odległość nawiązując jedynie kontakt wzrokowy, jednak długo tak nie mogłam. Podeszłam bliżej i przytuliłam samca. Przyjemne ciepło rozeszło po moim ciele od pyszczka po sam koniuszek ogona. Nigdy bym mu nie przyznała, że tęskniłam za tym. Przez chwilę samiec był za bardzo zdezorientowany, żeby w jakiś sposób zareagować, ale później się to zmieniło.

Dantee? Reakcja pozytywna, czy może raczej negatywna? xx

Od Dantego CD Indila

- Musimy jeszcze kawałek przejść, żeby dotrzeć spowrotem do sfory. - mruknąłem, trochę zaspany. Ruszyłem powoli, patrząc jak promyki słońca delikatnie wychodzą zza gałęzi i liści starych drzew. Westchnąłem cicho, ponieważ czułem się dobrze w takiej atmosferze. Z zamyśleń wyrwał mnie głos Indili.
- Spokojnie tu, prawda? - powiedziała, chcąc rozpocząć kolejną rozmowę.
- Bardzo - mruknąłem - Musimy tylko uważać by znowu nie zgubić drogi. - dodałem.
- Racja, racja. - kiwneła, potwierdzając moje słowa. Uśmiechneła się w moją stronę a ja chcąc nie chcąc odwzajemniłem to bardzo delikatnie. Kroki mieliśmy trochę wolne, jednak nie mogłem się dziwić, w końcu Indila bardzo śmiesznie przebierała swoimi łapkami. To nie duży pies, więc i tak cieszyłem się że nie idzie to wolniej. Podróż była długa i nagle poczułem że mój brzuch zaczyna być głośniejszy z każdą minutą. Moja towarzyszka na pewno była równie głodna co ja.
- Zaczekaj tu. Pójdę coś złapać i zaraz do Ciebie wrócę. - burknąłem, a sunia uciadła tam gdzie stała. Ruszyłem ze ścieżki trochę na bok, żeby upolować króliki, które czułem tu już od jakiegoś czasu. Nie myliłem się, znalazłem dwa całkiem spore, więc szybko się na nie zaczaiłem. Złapanie tych dwóch nie było trudne, biegałem szybciej niż te małe. Otrzepałem się szybko po polowaniu po czym poszedłem w stronę ścieżki, gdzie czekała Indila. Kiedy zobaczyłem ją między drzewami, dumnie pokazałem zdobycz. Zamerdała do mnie ogonem, jednak zaraz usłyszałem sznur ocierający się o drzewo. Próbowałem jak naszybciej wyskoczyć z miejsca gdzie stałem, ale w tym momencie spora sieć uwięziła mnie na wysokości gałęzi. Sunia podbiegła do mnie przestraszona.
- Dante, nic Ci nie jest? - zawołała głośno, patrząc w moją stronę.
- Mnie nic. - odpowiedziałem - Jednak muszę wymyślić jak się stąd wydostać - syknąłem, bardziej do siebie niż do niej. Rozejżałem się dookoła, próbując znaleźć jakiś ostry przedmiot w okolicy.
- Posłuchaj Indila - powiedziałem, próbując wyplątać łapy z sieci. - Musisz znaleźć coś ostrego i pomóc mi przeciąć sznur koło twoich łapek! - dokończyłem a sunia popatrzyła na napięty sznur koło jej łapek. Próbowała go przegryźć, jednak był mocno przeplatany i zajeło by to za długo.
- Ostrego? - popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
- Tak, kamyczek z ostrym brzegiem na przykład. - tłumaczyłem, po czym zająłem się kolejną próbą uwolnienia się.

Indila?

Od Dantego CD Brooklyn

- A idź w chol*rę! - wrzasnąłem w ostatniej sekundzie za nią, pełen wściekłości i żalu, nie wydawało mi się jednak żeby to usłyszała. Chwile stałem dysząc, najeżony w stronę w którą uciekła sunia. Była głupia i naiwna, myśląc, że porzuciłbym własnego ojca, dla jakieś głupiej bandy pod jej przywództwem. Zacząłem przeklinać ją w myślach, jednak poczułem dziwne drżenie łap. Być może powiedziałem za dużo, za ostro dla niej. Z moich przemyśleń wyrwał mnie głos ojca, patrzącego w moje oczy, bez żadnych emocji.
"We feign opulence
just to get by
Put on false confidence
just to feel alive
They cant hur't me anymore
There's nothing left to break of me
There's nothing left to take from me
"

Wypowiedział to, nucąc melodię dobrze mi znaną. Popatrzyłem w ziemię, ponieważ straciłem poczucie co powinnienem robić. Zawsze robiłem to, co ojciec mi kazał, wykonywałem każdy jego rozkaz, a dzięki temu czułem że muszę to robić, to co on ode mnie wymaga.Z tego wszystkiego zacząłem się gubić, tracić zmysły. Upadłem na śnieg, nerwowo tarzając się i tłukąc o przypadkowe przedmioty. Trafalgar ciągle patrzył na mnie bez wyrazu oraz nie wypowiedział już żadnego słowa po tym. Kiedy się uspokoiłem trochę, patrzyłem w niego, leżąc  wyczerpany, już prawie omdlały.
- Co mam robić? - powiedziałem słabo, czując że oczy skłaniają się ku płaczu. Mój ojciec nic nie odpowiedział, tylko poszedł usiąść pod drzewo. Tak bardzo chciałem już odejść, pójść tam gdzie mnie prowadził tak długi czas. Nie zgubić go po raz drugi, chodzić za nim krok za krok. Podszedłem do niego, powtarzając pytanie, a ojciec wzdechł, wyraźnie poirytowany. Usiadłem przed nim.
- Zrób to z czego są mniejsze konsekwencje Dante. - odpowiedział, prostując się.
- Konsekwecje? - mruknąłem, zaczynając się zastanawiać co miał na myśli.
- Jeśli pójdziesz za mną, ona Cię znienawidzi. Prawdopodobnie. - syknął w moją stronę. - Nie lubiłem Broken Heart gdy się poznaliśmy. Była... problematyczna, przynajmniej dla mnie. - warknął, wspominając to w myślach.
- Więc dlaczego wtedy wstrzymywałeś za nią pościg? - poczułem że się we mnie gotuje. To co mówił Trafalgar nie kleiło mi się w głowie. Skoro miał do niej takie nastawienie, więc czemu naraził swój kark?
- Daj skończyć. - skarcił mnie, a ja położyłem uszy za siebie. - Kiedy ktoś dotrzymuje Ci towarzystwa zaczynasz się przyzwyczajać. Jesteś bardziej gadatliwy, więc nie wiem czemu jeszcze nie pobiegłeś za nią. - na te słowa zrobiłem zdziwioną minę i poczułem że złość znowu mi wraca.
- Bo nie chciałem jej towarzyszyć, ani uziemić się w jakiejś sforze! - warknąłem głośno, patrząc w ziemię oraz na łapy ojca.
- Idiota. - odpowiedział mi spokojnie ojciec, a do mnie dotarło że ma rację. Plan się zmienił wtedy gdy po raz pierwszy się oddaliłem. Poczułem że gorąc wstydu przebiega mi po kręgosłupie.
- Przepraszam ojcze. - wyszeptałem, znów czując że mam łzy w oczach.
- Ja pobiegłem za Broken i to nie raz. Ona za mną też. - dodał, wyraźnie upokorzy tym co sam zrobił. Westchnąłem głośno, po czym wstałem. Przytuliłem się do Trafalgara i chwile stałem w jego cieple. Zawahałem się, ale ostatecznie oderwałem się od ojca i pobiegłem w stronę w którą uciekła moja towarzyszka i ruszyłem za jej tropem na śniegu. Biegłem znacznie szybciej niż ona, więc miałem nadzieję że szybko ją dogonię. Nagle wszystko się zatrzymało, a ja z piskiem upadłem na ziemię. Chwilę ogłuszony leżałem, jednak wstałem najszybciej jak mogłem, a potem popatrzyłem za siebie. Moja łapa utknęła w sidłach. Perfekcyjnie. Warcząc i sklomląc na zmianę uwolniłem się od niepotrzebnego opuźnienia i nie mysląc dużo poszedłem dalej, kulejąc i zostawiając za zobą zakrwiawione ślady. Liczyło się teraz znalezienie Brook i wytłumaczenie całej tej sytuacji. Ku mojemu przerażeniu znalazłem ją - omdlałą na ziemi, brudną od błota i krwi. Strasznie się przestraszyłem i zacząłem sprawdzać jej funkcje życiowe. Była bardzo osłabiona, ale żyła. Wtedy za mną pojawił się mój ojciec, patrząc na mnie z góry. Pomógł mi zapakować Brooklyn na grzbiet i odprowadził do jaskini. Rozpalił ogień tak jak ja poprzednim razem gdy musiałem ogrzać sunię i pomógł mi ją opatrzeć, a następnie opatrzył mnie. Siedziałem do niego przytulony, dopóki nie zapadł mrok i zostawiając mi parę ryb i dwa króliczki odszedł w ciemność lasu, nie obracając się za siebie. Leżałem smutnie wpatrzony, czując jak oczy mi się szklą. Musiałem czuwać nad Brok, była poważnie ranna, oraz doszło do zakażenia jednej rany, a ja nie miałem odpowiednich ziół by tego się pozbyć. Wiedziałem że jeśli zaropieje, będę musiał to oczyścić czymś ostrym, a to nie będzie przyjemne.
Następnego dnia zacząłem od zmieniania opatrunków i wtedy zauważyłem że sunia się wybudza. Odłożyłem ją delikatnie, kładąc koło niej rybę, królika oraz małą misę z wodą, którą zabrałem ze sobą na początku podróży. Odsunąłem się powoli, kładąc po drugiej stronie jaskini z podkulonym ogonem.

Brok? Ojć... Też się rozpisałam troszku :x