15 sty 2017

Od Zuzanny - Loteria (Diuk)

Słońce leniwie wspinało się po niebie, dając mi do zrozumienia, że nie zostawi mnie w spokoju przez następne kilkanaście godzin. Nie byłam zachwycona tym faktem, lecz mój żołądek również próbował wyciągnąć mnie z chłodnego kąta mojej  mikroskopijnej jaskini. Wybrałam własnie taką, ze względu na łatwość utrzymania. Szybkim truchtem wybiegłam z jaskini, by spożyć śniadanie. Ucieszył mnie widok zwierzyny, która przemknęła kilka metrów przede mną. Zając właśnie postanowił najeść się do syta. Te szybkie, małe skurczybyki nie raz dawały mi w kość, dziś jednak będzie inaczej, wierzę w to. Przylgnęłam do ziemi, starając się nie poruszać. Jednak ten pyskacz był wyjątkowo szybki, czmychnął zanim zdołałam podejść. Natychmiast rzuciłam się w pogoń za śniadaniem. Nie ma mowy, żebym zostawiła go od tak. Byłam zbyt głodna, by myśleć o znalezieniu czegoś innego. Przyspieszyłam nieznacznie, prawie niezauważalnie. Wyjątkowo szybko martwe już zwierze znalazło się w moim zakrwawionym pysku. Wcześniej wydawał się jakiś dorodniejszy. Bez większego marudzenia zabrałam się do jedzenia, a po kilku minutach z zajączka nie została nawet kosteczka.  Postanowiłam udać się w drogę powrotną, denerwujące zimno coraz bardziej dawało mi się we znaki. W oddali zauważyłam ciemną sylwetkę. Nie wyglądała ona na psa, była bardziej masywna. Wszystko wskazywało na to , że owy osobnik jest wilkiem. Wyszczerzyłam kły i przygotowałam się do ataku, puki do mych uszu nie doszedł szloch. Postanowiłam podejść, jeśli wilk będzie zagrożeniem dla sfory to nie skończy zbyt ciekawie.
- Czego chcesz?-Zapytałam zachowując bezpieczną odległość. nigdy nie potrafiłam zaufać takim chytrym i bezwzględnym stworzeniom. Nie znałam wielu takich wilków, lecz samica wydawała sie miła
- Przyszłam prosić o pomoc, zgubiłam szczeniaki - Załkała samica starając się powstrzymać napływające do jej oczu łzy.
- No dobrze, Ile ich było? Kim właściwie jesteś? - Wypytywałam niepewnie zbliżając się do niej.
- Było ich 15 , jestem Nathalie , opiekunka szczeniąt.- Otarła łzy i wlepiła we mnie swoje opuchnięte od płaczu oczy.
- Dużo, postaram się znaleźć jednego, dwa. Poproś o pomoc resztę sfory, oni również mogą pomóc
- Dziękuje ci bardzo- Krzyknęła Nathalie tuląc się do mnie i znów płacząc
- No już dobrze, do zobaczenia. Ah! Jak nazywały się te szczeniaki?-Zapytałam , a raczej krzyknęłam oddalając się. Nie słyszałam wyraźnie, byłam zbyt daleko od niej. Dosłyszałam jedynie imię " Diuk". Kiwnęłam głową i zniknęłam w krzakach. Bałam się , że zawiodę. Gdybym jeszcze wiedziała , gdzie udały się szczeniaki. Bez zbędnej zwłoki postanowiłam udać się do Starej Puszczy, no bo gdzie udałyby się szczenięta , jak nie do miejsca, do którego nie wolno im wchodzić? Ruszyłam na Długi Pomost twierdząc, że może dostrzegę jedno z małych z wysokości. Myliłam się, gęste korony drzew zupełnie uniemożliwiały mi dostrzeżenie czegokolwiek, nawet podłoża. Zeszłam w dół , i gdy dotknęłam ziemi poczułam dziwny dreszcz.  Ostrożnie poruszałam się pomiędzy pniami drzew , byleby tylko dotrzeć do malca. Temperatura zdawała się ciągle spadać, zamiast kojącej ciszy słyszałam tylko śnieg, który pod naciskiem wydawał z siebie skrzypienie. Niewiele było w stanie odwrócić mojej uwagi, poza tym , co stanęło przede mną. Siwy koń z przepięknym rogiem na czole właśnie stał przede mną , ukazując swój majestat.  Nie wiedziałam za dużo o jednorożcu żyjącym na tych terenach, poza jego imieniem , które brzmiało Antum. Tuż za nią dostrzegłam kilka innych koni, jednak cała moja uwaga była skupiona właśnie na niej. Nim się obejrzałam majestatyczne zwierze zniknęło. Mama byłaby zachwycona, zawsze uwielbiała opowiadać o tych jednorogich koniach. Z każdym krokiem coraz bardziej żałowałam swej pochopnej decyzji , o zagłębieniu się w tym miejscu, zaczęłam powoli tracić nadzieję na odnalezienie Diuk'a. Do mojego nosa dotarł dziwny zapach. Kilka głębokich wdechów i już mniej więcej wiedziałam, że coś tu było.  Zaczął się szaleńczy bieg za szczeniakiem.  Łapy bolały mnie z zimna, a z pyska wydobywała się gęsta para. Nie patrzyłam już pod łapy, liczyło się dla mnie tylko odnalezienie dzieciaka. coś zalśniło kilka metrów dalej. Duch jelenia właśnie przechadzał się między drzewami , a jego piękne, rozłożyste poroże  przenikało przez nisko osadzone gałęzie. Przeszłam obok niego zupełnie spokojnie, ten gatunek nie jest agresywny. Coraz bardziej podobało mi się w tej sforze. Usłyszałam cichy szelest. Gdy już miałam nadzieję, że w krzakach siedzi szczeniak, to coś czmychnęło, na pewno nie młode wilka. Nie miałam nic innego, poza dalszymi poszukiwaniami. Postanowiłam odpocząć, ja też nie jestem ze stali i muszę spać. Ułożyłam się na miękkim mchu i już po kilku minutach znużył mnie sen. Niestety nie przewidziałam, że wcześniej robi się ciemno. Zbudził mnie krzyk. Szybko zerwałam się z ziemi i spróbowałam określić moje położenie, na darmo. Było zbyt ciemno, by zobaczyć cokolwiek przed sobą. Szłam ostrożnie, obijając się o drzewa i kalecząc łapy ostrymi brzegami kamieni. Jedynym źródłem światła był księżyc, który schował się już za gęstymi chmurami. Zaczęłam krzyczeć, bez żadnego skutku. Odpowiedzi wciąż nie było, a ja coraz bardziej zirytowana darłam się na całe gardło. W końcu oberwałam czymś w głowę i uspokoiłam się. Szłam teraz w zupełnej ciszy, nasłuchując jakiegokolwiek dźwięku. Ciemna sylwetka mignęła mi przed oczami. Ruszyłam w jej kierunku, by zidentyfikować owe stworzenie.  Na szczęście zatrzymałam go szybko.
-Twoje imię- Mruknęłam trzymając szczeniaka przygwożdżonego do ziemi.
-Diuk- Pisnął przerażony. Wzięłam go w pysk  i bez zbędnych wytłumaczeń postanowiłam wrócić do sfory. Chciałam już być w swojej jaskini, spać i nie przejmować się niczym , co mogłoby mnie zjeść. Maluch wyjątkowo się nie wiercił, nie próbował mnie powstrzymać.
Nathalie i Diuk
-Dlaczego ty mała paskudo uciekłaś Nathalie?-Parsknęłam śmiechem kładąc szczeniaka na ziemi. ten jednak nie odpowiedział, zrobił skwaszoną minę i usiadł. Zmarszczyłam czoło i złapałam za luźną skórę na karku szczeniaka. Biegłam szybko, a każda chwila zdawała się dłużyć w nieskończoność. Koniec puszczy był dla mnie lepszy, niż tona królików. Słońce wspinało się po niebie , rzucając swój pomarańczowy blask. Przyjemne ciepło bardzo mi się spodobało, przypomniały mi się te wszystkie wieczory z mamą u boku,  jak tłumaczyła mi wiele rzeczy, jak pocieszała w smutku. Tak mi jej brakowało. Gdy oderwałam się od swych zamyśleń szczeniak zaczął niemiłosiernie się wiercić i wyrywać.  W duszy śmiałam się z tego całego zdarzenia, lecz na moim pysku był tylko grymas. W oddali dostrzegłam Nathalie, podbiegłam do niej i położyłam szczeniaka u jej łap.
-Dziękuję- Uśmiechnęła się i spojrzała na Diuk'a
-Nie ma za co, następnym razem pilnuj tych paskud, jeszcze nie raz dadzą ci w kość- Zaśmiałam się , zmierzając w stronę gór, gdzie czekała już reszta sfory, moja rodzina.

Opowiadanie zaliczone! //Oscar

14 sty 2017

Od Brooklyn cd Dantego

Przeczekaliśmy chwilę, aż przeszukają teren, a kiedy mimo próśb chłopców pojechali, mogliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Przeszukaliśmy niemalże całą wioskę wciąż nie natrafiając na ślad taty Dantego. Mimo to nie traciliśmy nadziei. Zaszliśmy za daleko, żeby się poddać.
–Myślisz, że jest gdzieś blisko? - spytałam przerywając ciszę między nami.
–Musi. - odparł krótko rozglądając się nerwowo na wszystkie strony.
Westchnęłam cicho. Przez myśl przeszło mi, że mógł już dawno pójść dalej, aczkolwiek nie śmiałam wypowiedzieć tego jakże pesymistycznego zdania na głos. Można powiedzieć, że w porę ugryzłam się w język.
–Może jest już trochę za wioską? - zabrałam głos, kiedy udało mi się ułożyć to zdanie, aby brzmiało lepiej.
–To całkiem możliwe. - zgodził się.
Błysk w jego oczach sprawił, że na moim pyszczku zagościł uśmiech. Jego determinacja była godna podziwu.
–Zatem ruszajmy. - powiedziałam i ruszyłam biegiem.
Samiec szybko dorównał mi kroku. Niestety, nie było tu zbyt wielu drzew, a ja nie byłam w stanie biec tak szybko, jak on. Nie chodzi o to, że nie miałam kondycji, albo nie byłam szybka, o nie. Po prostu on był w tym naprawdę dobry, a ja przyzwyczajona do innej sprawności fizycznej.
–Tak będzie szybciej. - burknął.
Na początku nie zrozumiałam, o co mi chodzi, póki nie wziął mnie na swój grzbiet. Byłam za bardzo zdezorientowana, żeby jakkolwiek zareagować. Musiałam mocno się do niego przyczepić, żeby nie spadł. Przy okazji przypomniałam sobie, jak bardzo miękkie miał futerko. Wtuliłam łeb w jego sierść.
–Nie za wygodnie? - skarcił mnie rozbawiony.
Pacnęłam go łapą za ten komentarz, a on tylko parsknął śmiechem w odpowiedzi. Droga minęła nam szybko, naprawdę szybko. Nim się obejrzałam, minęliśmy ostatnie zabudowania. Tutaj mogłam już zejść z niego i wdrapać się na najbliższe gałęzie. Nie przyznałam mu się do tego, ale lubiłam jego miękką, zadbaną sierść.
–Muszę chwilę odpocząć. - powiedział.
–Schowaj się w cieniu drzew, ja zrobię mały zwiad i wrócę. - nim zdążył zareagować, mnie już nie było.
Nie oddaliłam się za daleko, albowiem następna gałąź, na którą skoczyłam załamała się pode mną. Zaskoczona zleciałam na coś również miękkiego. Nie było to futro Dantego, aczkolwiek zapach był znajomy.

Dante? Chyba mamy cel podróży xx

Od Dantego CD Brooklyn

Zacząłem się otrząsać, w końcu całe moje futro było ubite. Ciągle byłem zdezorientowany sytuacją, ale musiałem myśleć trzeźwo, szczególnie że doganialiśmy trop ojca. Marwellous... Nasz następny cel. Byłem zmotywowany, ponieważ z skrawku papieru wskazywał na to, że ojciec na mnie polega i docenia, w końcu nie spisał mnie na straty tylko liczył że go odnajdę. Tylko to się teraz liczyło.
- Gotowa do drogi? - zapytałem, patrząc jak Brok biega za jakimś króliczkiem.
- Nic nie zjedliśmy. - mruknęła, wzrokiem goniąc sprytne zwierzątko uciekające jej spod łap. Odbiłem mocno tylnymi łapami od ziemi, ruszając do biegu i szybko doganiając królika. Upolowaną zdobycz położyłem przed towarzyszką, po czym wyprostowałem się zniecierpliwiony.
- Możemy już iść? - burknąłem, rozglądając się. Musiałem jednak jeszcze chwilę poczekać, dopóki Brooklyn nie zjadła. Kiedy w końcu była gotowa ruszyliśmy przed siebie, kierując się do podnóża Jezior, do ludzkiej wioski. Ludzkiej. Zamyśliłem się, przez to wleciałem z rozpędu w jakieś pnącze. Warknąłem zły na siebie i próbowałem się wydostać. Straciliśmy na to trochę czasu ale ostatecznie byliśmy wstanie ruszyć dalej. Po niedługim czasie staneliśmy pod udeptaną, piaszczystą drogą i drewnianym znakiem na nią z napisem "Witamy w Marwellous". Przyłożyłem nos do ziemi i szedłem po krzakach, omijając główną drogę. Akurat gdy złapałem konkretny trop i byłem gotowy o tym poinformować, zauważyłem że moja towarzyszka znikneła. Natychmiast podniosłem łeb nad krzaki, a ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem sunię - na placu zabaw dla dzieci. Nie wyglądało to jednak na to że poszła tam z własnej woli, bo dwóch wyrośniętych chłopaków z kijami ciągneło ją za ogon. Brooklyn warczała bardzo głośno, pokazując kły, jednak nie rzucała się do ataku. Wiedziałem że trzeba zareagować, więc wyskoczyłem z krzaków i pobiegłem w ich stronę. Byłem większy od Broki, na dodatek byłem bardzo zjeżony, gotowy do ataku. Wyrostki wystraszyły się, puściły sunię a w moją stronę tylko rzucili badylami.
- Boli Cię ogon? Naciągneli Ci coś? - pytałem, starając się wybadać ją wzrokiem. Pokiwała tylko na nie, po czym wstała i otrząsnęła się z piachu. Oboje wróciliśmy do krzaków i właśnie w tym momencie nadjechał wóz z napisem "Hycel" i dwóch wcześniejszych gówniarzy, pokazujących dwóm dorosłym plac i miejsce gdzie jeszcze przed chwilą staliśmy.

Brok?

Od Brooklyn cd Dantego

 - Idź już lepiej spać. - wydusiłam między falami śmiechu.
  - Boję się, to miejsce jest nawiedzone. - zadrwił naśladując moją panikę.
Pacnęłam go łapą, na co zrobił obrażoną minę, niczym szczeniak, który nie dostał tego, co chciał. Zaraz jednak do głowy wpadł mu bardzo głupi pomysł, zaczął mnie łaskotać.
 - Przestań! - pisnęłam wykręcając się pod wpływem jego dotyku.
 - Ktoś tu ma łaskotki. - na jego pysku zawitał złośliwy uśmieszek.
Cudem udało mi się sięgnąć łapą na tyle, aby połaskotać jego. Zdezorientowany odskoczył, co w pełni wykorzystałam. Role się odwróciły. Teraz to ja stałam nad nim, a on nie potrafił opanować śmiechu.
 - Stop, dość, już! - krzyczał.
Jednak ja byłam bezlitosna i wciąż nie pozwalałam mu na chwilę wytchnienia. Sytuacja wielokrotnie się odwracała, dopóki nie padliśmy wykończeni na ziemię. Muszę przyznać, że samiec poprawił mi humor.
 - Dobranoc, Dante. - powiedziałam cicho.
 - Dobranoc, Brook. - usłyszałam w odpowiedzi.
Powieki same mi się zamykały, a ja wcale im się nie sprzeciwiałam.

~***~

Miękko, bardzo miękko. Wtuliłam się w podejrzanie miękki przedmiot. Prawie dostałam zawału, kiedy ten się poruszył. Otworzyłam oczy. Gwałtownie zerwałam się do pozycji stojącej, a mój pysk przybrał czerwony odcień. Dante również odskoczył ode mnie na odległość około dwóch metrów. Czy ja naprawdę spałam NA nim..?
 - Chodźmy dalej. - powiedział patrząc w podłogę.
 - T..tak. To dobry pomysł. - poparłam.
Żadne z nas nie miało zamiaru przyznać się do zaistniałej sytuacji.

Dante? XD

Od Dantego CD Brooklyn

Czując dookoła zapach mojego taty, kręciłem się niespokojnie. Nie mogłem się skupić, to nie był zapach który jest tu od długich lat, mój ojciec musiał być tu stosunkowo nie dawno. Nerwowo spojrzałem na kartkę którą znalazła Brok. Powąchałem ją, upewniając się że to skrawek należący do osoby której tak szukałem. Pismo było indentyczne w porównaniu do pisma z jego dzinnika medycznego. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem czytać głośno.
"Wciąż nie znalazłem Dantego, mimo że przebiegłem pół okolicy. Uznałem że jest wystarczająco mądry żeby mnie znaleźć, a ja muszę ruszać w stronę Jezior. Po drodze jest tylko ludzka wioska, Marwellous. Tam zgubiłbym tych, którzy dopadli Broken Heart i teraz chcą dopaść mnie." 
Urwałem, patrząc na strzępek papieru. Znaleźliśmy zdecydowany ślad, oraz coś czego dawno nie czułem, a konkretnie nienawiść. W końcu to matka Brok zrzuciła swoich wrogów na mojego ojca. A jeśli podzieli jej los? Nie, nie, nie mogę do tego dopuścić. Popatrzyłem na Brooklyn wrogim wzrokiem, jednak zaraz nienawiść zastąpiło zdumienie. Towarzyszka stała z opuszczonym łbem, cała się strzęsąc. Bała się? Czuła winna? A może ciągle chodziło o tą sforę? Nie miałem pojęcia. Zacząłem się trochę martwić o jej stan psychiczny.
- Brooklyn. - powiedziałem stanowczo, a sunia zaraz podskoczyła na równe nogi.
- NIC MI NIE JEST! - wrzasnęła tak głośno, że wszystkie okoliczne ptaszyska wbiły się w powietrze. Posłałem jej przez ułamek sekundy współczujący wzrok. Wiedziałem że im szybciej to zakończymy, tym lepiej dla niej.
- Jest późno. - burknąłem patrząc po raz drugi na zachodzące słońce. - Zostańmy tu na noc. - zaproponowałem. Początkowo Brok się zgodziła, a my znaleźliśmy pokój do odpoczynku, ze starymi kocami w kącie. Ułożyliśmy się tak by siebie nie dotykać. Moja towarzyszka nagle zaczęła zachowywać się odrobinę nerwowo.
- Co tym razem? - zapytałem przewracając oczami.
- To nawiedzony zamek, kołku. - warknęła, udając najodważniejszą na świecie - Nie powinniśmy tu nocować. - postawiła sprawę jasno i stanowczo. Uśmiechnąłem się wrednie, po czym położyłem się na plecach i zacząłem spychać ją z kocy przednimi łapami. Poirytowana tylko odwracała ode mnie łeb, a ja by ją wkurzyć zacząłem wyć, udają wilka. Wkurzona Brooklyn zaczęła zatykać łapami mój pysk, mówiąc jaki jestem głupi, hałasując o tej porze. Nawet nie zauważyliśmy, jak zaczeliśmy się śmiać głośniej niż ja wyłem.

Brok? :3

Od Brooklyn cd Dantego

Posłałam mu cień uśmiechu, bo tylko na tyle było mnie w tym momencie stać. Bez słowa ruszyłam w tamtym kierunku. Samiec dorównał mi kroku. Czułam na sobie jego zdezorientowane spojrzenie, ale wciąż uparcie milczałam. Nie mogłam powiedzieć mu o strachu, jaki odczuwałam. Bałam się niepowodzenia, chociaż dużo bardziej stresowałam się tym, że opuściłam tereny Packu zostawiając jedynie krótką wiadomość w swojej jaskini. Głównym celem mojej mamy, jak ostatnio odkryłam, nie jedynym, było znalezienie położenia dawnej sfory i założenie tam następnej edycji. Ona umarła na tych terenach, przerwała swoją ucieczkę, chociaż zapewne wiedziała, że to się tak skończy. Ja zaś opuszczałam je. Czułam się, jak rozwydrzona, niewdzięczna córka, a wyrzuty sumienia malowały mi się na pysku. Jakby tego było mało, wyjeżdżanie krótko po otwarciu swojej sfory było idiotyczne, ba, nawet bardzo! Zatrzymałam się zwalczając ogromną chęć powrotu na ukochane tereny.
 - Brook? - usłyszałam.
Ignorując jego głos wzięłam głęboki wdech i wypuszczając powoli powietrze ruszyłam dalej. Zapewne zwróciłam tym na siebie jeszcze większą uwagę, ale postanowiłam uparcie udawać, że nic się nie dzieje. Pewnie i tak wyśmiałby mnie, albo skarcił, co doprowadziłoby do niepotrzebnej kłótni. Nie mogłam liczyć na wsparcie, mieliśmy inne cele i inny system wartości. Dla mnie najbardziej liczyło się Pack Dog Heaven - jedyne namacalne wspomnienie, jakie pozostało mi po mamie. On zaś chciał odnaleźć ojca mając ogromną nadzieję, że on wciąż żyje. Fakt, zżerała mnie ciekawość i miałam ogromną ochotę dowiedzieć się więcej o mamie, jednak porzucając sforę czułam się winna, zarówno jako jej przywódczyni, jak i córka tej, która chciała owe stado ożywić. Łzy cisnęły mi się do oczu, ale dzielnie nie pozwalałam im ujrzeć światła dziennego. Nie teraz. 
 - Brooklyn.. - tym razem w jego głosie można było wyczuć nutkę zmartwienia, a może mi się tylko wydawało?
Uratowało mnie to, że byliśmy już u stóp ruin. Niemalże wbiegłam do dawno nie odwiedzanego zamku pod pretekstem poszukania jakiegoś tropu. Zmusiłam się do przegonienia nękających myśli, aby skupić się na naszym zadaniu. Im szybciej odnajdziemy jego ojca, tym szybciej wrócimy do sfory. Przyłożyłam nos do ziemi, co pomogło mi stwierdzić, że od dłuższego czasu nie było tu nikogo, prócz jednego osobnika. Spojrzałam pytająco na towarzysza, aby potwierdził bądź zaprzeczył, że był to zapach jego taty. O dziwo zrozumiał mnie bez słów i pokiwał łbem twierdząco. Poczułam dziwny przepływ energii spowodowany tym małym sukcesem. Energii, która dała mi siłę na dalsze poszukiwania i nadzieję, że nasze starania nie są skazane na straty.
 - Dante! - pisnęłam, kiedy pod kamieniem odkryłam zapisany kawałek kartki.

Dante? Wena powracaaa

Od Dantego CD Brooklyn

Brooklyn nie musiała mi powtarzać dwa razy, natychmiast ruszyłem do biegu na wskazany kierunek. Straciliśmy wystarczająco dużo czasu, gadając na moście z powodu poczucia odpowiedzialności suni. Trochę było mi przykro że ją okłamałem... Ponieważ było wiadomo że nie mam zamiaru już zawrócić. Jednak miałem przeczucie że się tego domyśliła.
- Za...Zaczekaj... - zawołała za mną, biegnąc na ziemi. Popatrzyłem krzywo, ponieważ w odróżnieniu od niej byłem przystosowany do biegów. I wtedy przypomniał mi się istotny fakt.
- Czemu nie pójdziesz drzewami? Wtedy mamy podobną prędkość. - zaproponowałem, a Broki zaraz wskoczyła na najbardziej dogodne drzewo. W ten sposób byliśmy znacznie bliżej celu po krótszym czasie. Jednak słońce płynęło po niebie swoim tempem i wkrótce naszą drogę zaczął ogarniać mrok. Brooklyn nagle zeskoczyła tuż przede mnie, przez co musiałem zahamować bardzo gwałtownie. Śnieg znów utrudnił sprawę i przejechałem kawałek, uderzając się o towarzyszkę. Kiedy wstaliśmy i się otrzepaliśmy spiorunowałem ją spojrzeniem.
- Co ty robisz? - warknąłem, próbując zrozumieć dlaczego Brok nas zatrzymała.
- Jest ciemno, powinniśmy zrobić postój - odpowiedziała spokojnie, jakby to było coś oczywistego.
- Ale nie musimy. Żadne z nas nie jest jeszcze zmęczone. - próbowałem argumentować.
- Oczywiście, a potem zgubimy się jak ty z ojcem! - mruknęła. Tymi słowami wjechała mocno na moją dumę, więc nic nie odpowiedziałem. Gdy zdała sobie sprawę z tego co powiedziała próbowała otworzyć pysk by mi coś wytłumaczyć, ale obróciłem się od niej i skierowałem się pod rozłożystą choinkę blisko miejsca w którym staliśmy. Wykopałem szybko dół, po czym wlazłem tam i zawijając się w kulkę zamknąłem oczy i poszedłem spać. Kątem oka jeszcze zobaczyłem jak Brooklyn wskoczyła na drzewo, na którym mogła się ułożyć tak by nie spaść.
Następnego dnia wstaliśmy mniej więcej o świcie. Ku naszemu szczęściu szybko coś upolowaliśmy i zjedliśmy, nie schodząc z drogi. Od rana nie odzywałem się do mojej towarzyszki, ona również nie rozpoczynała rozmowy. Po południu dotarliśmy do celu z numerem jeden - do opuszczonego zamku. Popatrzyłem na budowlę po czym burknąłem do siebie:
- Mój ojciec lubił to miejsce.

Brok? <.>

Od Brooklyn cd Dantego

 - Jak to nie możesz?! - warknął samiec podnosząc głos.
 - Ja... Dante, ja jestem Alfą, nie mogę tak po prostu zostawić sfory... - wbiłam wzrok w podłoże.
Dante przez chwilę siedział cicho. Spodziewałam się, że zacznie na mnie krzyczeć, albo coś w tym stylu, jednak nie zrobił tego, co przyczyniło się do ogromnego zaskoczenia, jakie mną zawładnęło.
 - Broki, ja wiem, że jesteś przywódcą sfory, ale uwierz mi, pozostali radni sobie poradzą, szczególnie, że na razie nie ma zbyt wielu członków. - powiedział spokojnym tonem, następnie podniósł mój łeb tak, żeby zmusić mnie do przerzucenia na niego wzroku i spojrzał mi prosto w oczy.
 - Co, jeżeli się coś stanie? - spytałam niepewnie bojąc się jego reakcji.
 - Myślę, że plotki się rozejdą i o tym się dowiemy, a wtedy... - zawiesił się na chwilę - Wtedy zawrócimy. - dodał niechętnie.
 - Obiecujesz..? - spytałam z szczenięcą naiwnością.
 - Obiecuję. - mruknął.
Uśmiechnęłam się delikatnie, chociaż wiedziałam, że jeżeli wyruszymy, on już nie zawróci.
 - W takim razie chodźmy. - odparłam, po czym dziarsko ruszyłam przed siebie.
Nigdy nie lubiłam przechodzić przez most. Teoretycznie spacerowanie nim było bezpiecznie, ponieważ konstrukcja była mocna, aczkolwiek nigdy nic nie wiadomo. Muszę przyznać, że odetchnęłam z ulgą, kiedy tylko postawiłam bezpiecznie łapę na ziemi.
 - To gdzie teraz? - spytał Dante.
 - Powinniśmy kierować się na północ. - odparłam.

Dante? Porażka, bezwen totalny... Błagam, rozwiń to jakoś

Od Brooklyn cd Nightshade - Loteria (Frosty)

 - To Tropikalna Zatoczka. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą - Jest to najlepsze miejsce do odpoczywania, szczególnie latem. Woda ma idealną temperaturę do kąpieli. - dodałam po chwili.
Sunia uśmiechnęła się lekko, a ja odwzajemniłam gest. Wtedy do moich uszu dotarło ciche szlochanie. Spojrzałam na Night, a ona przerzuciła wzrok na mnie. Po chwili obie podążyłyśmy w kierunku, w którym było źródło odgłosu. Naszym oczom ukazała się wadera. Natychmiast obnażyłam kły gotowa w razie czego zaatakować, co okazało się niepotrzebne.
 - Pomóżcie mi, proszę! - załkała wadera, wyraźnie załamana.
 - Co się stało? - spytałam delikatnym, spokojnym głosem, który stanowił dość ciekawy kontrast patrząc na moją postawę bojową.
 - Szczeniaki... Piętnaście... Tereny... - mówiła co chwila przerywając, aby zapłakać głośno.
 - Hej hej, wolniej, wyraźniej, nic z twojego bełkotu nie rozumiem. - pokręciłam łbem z dezaprobatą.
Wadera wzięła trzy głębsze oddechy, po czym spojrzała na mnie swoimi mokrymi od łez oczami.
 - Ja... Należę do pewnej watahy, ostatnio z powodu dokuczającego mrozu musieliśmy wynieść się z dotychczasowych terenów, wiele wilków umarło przez ujemne temperatury. Mamy wiele szczeniaków i tylko dwie opiekunki, każda dostała za zadanie upilnować piętnastu maluchów. Idziemy nie wiem który dzień, cały czas nie możemy znaleźć odpowiedniego miejsca, szczególnie, że roi się tutaj od tych pchlarzy. - przewróciła oczami.
Pozwoliłam sobie zawarczeć gardłowo w ramach ostrzeżenia. Była na moich terenach, nie miała prawa nas tak nazywać. Samica chyba zrozumiała swój błąd, ponieważ spuściła wzrok zakłopotana i wymruczała pod nosem ciche przeprosiny.
 - Przejdź do sedna. - poprosiłam lodowatym, nieznoszącym sprzeciwu tonem.
 - Ja byłam już bardzo zmęczona i.. i położyłam się na chwilkę, dosłownie tylko przymknęłam oczy... Zniknęły! Zgubiłam je! Oni mnie wyrzucą! Wywalą na zbity pysk! - załkała - Błagam, pomóżcie mi je odnaleźć! Wynagrodzę wam to, przysięgam! - spojrzała na mnie błagalnie.
 - Zobaczę, co da się zrobić. - odpowiedziałam po chwili namysłu.
Samica kiwnęła łbem na zgodę.
 - Nie oddalaj się stąd, masz być w tej okolicy. - zażądałam - Jak się nazywasz? - dopytałam po chwili.
 - Nathalie. - odpowiedziała, powoli się uspokajając.
 - Dobrze, Nathalie. Mam na imię Brooklyn i jestem alfą sfory Pack Dog Heaven. Porozmawiam z pozostałymi z psiej rady i będziemy głosować. - oznajmiłam.
Po raz kolejny wilczyca wykonała ruch łbem. Odwróciłam się na pięcie. Gestem pokazałam zaskoczonej Nightshade, aby poszła ze mną.
 - Jeżeli możesz, proszę, zwołaj wszystkich członków sfory, ja również będę ich szukać. Chcę widzieć wszystkich w Jaskini Zebrań. - powiedziałam, na co suczka kiwnęła łbem.
Zebranie wszystkich nie było prostym zadaniem. Wprawdzie sfora liczyła dopiero dwunastu członków łącznie ze mną i Night świadomą zbliżającego się zebrania, jednak mimo wszystko zwołanie pozostałej dziesiątki było nie lada wyzwaniem. Kiedy w końcu udało nam się tego dokonać, naradziłam się z Oscarem i Colem, po czym stanęłam na podwyższeniu.
 - Drodzy sforzanie. - zaczęłam przemówienie - Razem z Night trafiłyśmy na pewną waderę, która poprosiła nas o pomoc obiecując nagrodę. Zgubiła piętnaście wilczych dzieci, które miała pod opieką. Zapewne błąkają się teraz na naszych terenach. Apeluję do wszystkich, aby rozpocząć poszukiwania. Gwarantuję, że każdy, kto dołączy się do szukania zostanie wynagrodzony. Wszystkie znaleziska zanoście do Tropikalnej Zatoczki, gdzie czeka spanikowana wilczyca imieniem Nathalie. Do dzieła! Im dłużej tu siedzimy, tym dalej pobiegną maluchy, już nie mówiąc o niebezpieczeństwach, jakie na nie czekają!
Wszystkie psy rzuciły się do wyjścia.
 - Słuchaj, Night, spotkamy się, jak już znajdziemy chociaż po jednym szczeniaku. - poprosiłam.
Samica kiwnęła łbem i również opuściła jaskinię. Podążyłam za resztą i wtedy zdałam sobie sprawę, że mogłam ustalić, kto gdzie ma szukać. Przeklinając pod nosem swoją głupotę udałam się do mglistej dżungli. Byłam niemalże pewna, że nikt nie zapuścił się w te tereny. Otaczająca wszystko mgła skutecznie zniechęcała, oprócz tego gęsta roślinność niemalże nie dopuszczała światła. Westchnęłam cicho. Poruszanie się na ziemi było bardzo ryzykowne, chociaż dużo łatwiej by mi było odnaleźć trop. Mimo wszystko zdecydowałam się na podróżowanie starym, sprawdzonym sposobem, a mianowicie skacząc z gałęzi na gałąź, niczym wiewiórki. Starałam się być najciszej, jak tylko mogłam. Byłam bardzo ostrożna, chociaż większą część uwagi poświęciłam na wytężenie swojego wzroku w poszukiwaniu maluchów.
Wtedy to usłyszałam. Cichy, prawie nie słyszalny, przerażony pisk. Serce zabiło mi szybciej. Przecież maleństwo mogło być w niebezpieczeństwie! Prawdę mówiąc liczyłam na to, że na tym terenie żadnego nie znajdę, a jednak jakieś odważyło się zapuścić na te tereny. Natychmiast odezwał się we mnie matczyny instynkt. Zeskoczyłam z drzewa wciąż nie wydając z siebie żadnego hałasu i najszybciej jak mogłam, oczywiście zachowując nienaruszalną ciszę, pobiegłam prosto do źródła hałasu. Tak, jak podejrzewałam, był nim mały wilczek, którego łapa utknęła w jakiejś dziurze. Kamień spadł mi z serca. Dużo gorzej byłoby, gdyby natknął się na jakiegoś drapieżnika.
 - Cześć, młody. - zaczęłam siląc się na przyjazny, miły i spokojny ton.
Maluch najeżył się i warknął. W jego oczach widziałam przerażenie.
 - Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Zaprowadzę cię do Nathalie. - kontynuowałam.
Kiedy wypowiedziałam imię wilczycy, młode całkowicie się uspokoiło. Uśmiechnęłam się lekko.
 - Najpierw trzeba będzie cię stąd wydostać, biedaku. Jak się nazywasz? - spytałam jednocześnie uważnie przyglądając się kończynie w potrzasku.
 - Frosty. - powiedział cichutko.
 - Jak długo tu siedzisz? - rozpoczęłam uwalnianie jego łapy z pułapki, w jaką wpadł.
 - Od rana. - pisnął kładąc uszy.
 - Widzisz, nie powinieneś uciekać opiekunce. Wiesz, ile strachu się najadła? - zaśmiałam się cicho.
 - Już nigdy nie ucieknę! - obiecał śmiertelnie poważnym tonem.
 - Mam nadzieję. - mrugnęłam do niego.
Właśnie w tym momencie udało mi się uwolnić łapkę przerażonego wilka.
 - Dziękuję. - powiedział.
Przez chwilę myślałam, że po tych słowach ucieknie, ale malec zrobił coś, co sprawiło, że do moich oczu napłynęły łzy wzruszenie. Podszedł do mnie i objął mnie swoimi malutkimi w porównaniu do mnie łapkami.
 - Nie ma problemu. - powiedziałam - Wskakuj. - wskazałam na swój grzbiet.
Nie musiałam dwa razy powtarzać. Maleństwo ważyło niewiele, więc bez problemu udało mi się razem z nim wspiąć się na drzewo. Kiedy byliśmy na wysokości, usłyszałam jego cichutki głosik.
 - Umiesz chodzić po gałęziach? - spytał z wyraźną nutką podziwu.
 - Tak jest dużo bezpieczniej, wróg na początku nie jest w stanie mnie dostrzec. - przyznałam z dumą.
Lubiłam powtarzać innym to, czego nauczyła mnie mama.
 - Jak to robisz? Nauczysz mnie? Proszę, proszę, proszę! - nalegał.
 - Trzeba mieć dużo siły, żeby dać radę podciągnąć się na łapach i żeby odbić się od podłoża. Musisz dużo trenować. Myślę, że kiedyś sam do tego dojdziesz. - rzekłam nie chcąc przedłużać.
Bardzo chętnie pouczyłabym szczeniaka, jednak w tym czasie równie dobrze mogłabym odnaleźć jeszcze jakiegoś. Czas mijał, a każda sekunda mogła decydować o życiu innego z podopiecznych.
 - Dobrze. Będę! - powiedział to z taką zawziętością i pewnością siebie, że wywołał na moim pysku kolejny tego dnia uśmiech.
 - Wierzę w ciebie, Frosty. - odpowiedziałam, aby dodać mu wiary.
Nathalie & Frosty
Roślinność powoli stawała się coraz rzadsza, a tajemnicza mgła została w tyle. Było to oznaką, iż udało nam się wyjść z mglistej dżungli bez szwanku. Musiałam brać coraz większy rozbieg, aby znaleźć się na kolejnej gałęzi. Zaczęłam obawiać się, że przez przypadek maluch może nadziać się na jedną z nich. Błyskawicznie podjęłam decyzję o zejściu na ziemię. Nie chciałam ryzykować, że coś mu się może stać. Zresztą akurat docieraliśmy do Tropikalnej Zatoczki.
 - Frosty! - usłyszeliśmy uradowany krzyk wadery.
Młody błyskawicznie zeskoczył ze mnie, po czym podbiegł do samicy.
 - Gdzie się podziewałeś? - skarciła go, kiedy czułości poszły na bok.
 - Przepraszam. - pisnął cichutko i wbił wzrok w ziemię.
Ja w tym czasie rozejrzałam się. Z tego, co zauważyłam, znajdowało się tu już parę maluchów co oznaczało, że inni również nie próżnowali. Kątem oka dostrzegłam zbliżającą się w moją stronę Nightshade.
 - Popatrz, coraz więcej młodych udaje nam się znaleźć. - oznajmiła wesoło, a ja pokiwałam łbem na zgodę.
 - Poczekaj chwilę. - poprosiłam i nie czekając na jej reakcję podeszłam do wilczycy.
 - Nigdy więcej nie spuszczaj ich z oka, jasne? Co, jeżeli któremuś stałaby się krzywda? Nie jest to wykluczone, w końcu jeszcze nie udało nam się wszystkich odnaleźć. - syknęłam.
 - Wiem, już nigdy nie pozwolę sobie na to. - odpowiedziała z śmiertelnie poważną miną.
Odwróciłam się na pięcie z zamiarem wrócenia do Night, kiedy coś, a raczej ktoś, uczepił się mojej tylnej kończyny. Spojrzałam na małego wilczka, którym okazał się być Frost.
 - Jeszcze raz dziękuję. Jak się nazywasz? - zapytał.
 - Brooklyn. - odpowiedziałam odczepiając go od swojej łapy, aby przytulić do siebie.
 - Nigdy cię nie zapomnę, Brooklyn. - odwzajemnił uścisk.
Zaraz po tym pobiegł do pozostałych szczeniaków, które grały w berka. Przez myśl przeszło mi, że będę za nim tęsknić. Westchnęłam cicho, po czym wróciłam do suczki, która obserwowała całą scenę.
 - A Ty znalazłaś już jakieś szczenię? - spytałam.

Night?
Jeżeli nie chcesz brać udziału w evencie możesz napisać, że jeszcze nie znalazłaś itp, a jeżeli jednak zechcesz wziąć udział możesz mi odpisać eventem, jeśli chcesz :)

Opowiadanie zaliczone! (dziwnie tak samej sobie zaliczać opowiadania xD)

Od Ayano - Loteria (Liberty)

Poranne słoneczne promienie wpadły na mój pysk. Odwróciłam głowę i otworzyłam oczy. Wyjątkowo pospałabym jeszcze trochę, jednak czułam, że może to być dość ciekawy dzień, dlatego wstałam i udałam się do najbliżej rzeki. Zdziwiło mnie, że było tu większe zamieszanie niż zwykle. Wszystkie psy szły w jedną stronę, konkretnie do Jaskini Zebrań. Poszłam więc za nimi. Miałam nadzieje na jakieś zadanie, ponieważ jak na razie nie zanosiło się na to bym miała co robić. Wszystkie psy usadowiły się pod skałą. Przywódczyni opowiadała coś o wilczycy i wilczkach, ale ja ledwo słuchałam. Miałam nadzieje, że to pędzie coś poważnego, a nie szukanie szczyli jakiejś wilczycy. W końcu usłyszałam swoje imię. 
- Ayano, jesteś mordercą, a Ci są znani ze znajdowania swoich ofiar w dość szybkim tempie. - jej wyraz pyska wskazywał na to, że właśnie przydzieliła mnie do grupy poszukiwawczej. 
- Brooklyn, nie wydaje Ci się by tak "poważną sprawą" jak szukanie jakiś szczeniaków, nie powinien się zająć zaufany pies? 
- Tak, ale muszę mieć powód by Ci zaufać, więc proszę, wykaż się. - uśmiechnęła się. Oczami wyobraźni już trzymałam jej gardło w pysku, więc uśmiechnęłam się na tą myśl.- Ujmę to za "tak". - usłyszałam od alphy. Tylko prychnęłam i wybiegłam z jaskini. Popędziłam we wskazane miejsce gdzie ostatnio widziano szczeniaki. Gdy tam dotarłam staranie obwąchałam ziemię. Wyczułam jeden mocniejszy trop. Suczka musiała być wysoko w pozycji, skoro miała taką woń. Podążyłam po śladach. Zapach urwał się przy rzece, ale za to dołączył do tego druga woń samca psa. Ktoś miał ochotę uratować szczyla za mnie? Mhm... Albo zrobić sobie z niego przekąskę. Heh. Sama bym się nie zastanawiała gdybym zobaczyła szczenię samo, bym użyła go jako worek treningowy. Podążyłam dalej za zapachem, który coraz bardziej wydawał mi się znajomy. Dotarłam do końca terenów sfory. No tak, gdybym chciała kogoś zabić, to wolałabym to zrobić bez świadków. Szłam dość szybko, ale tak by czuć zapach psa. Zawarczałam gdy zapach się nasilił. Byłam bardzo blisko. Najpierw chciałam szybko wyskoczyć z krzaków, jednak przypomniało mi się co mi mówił kiedyś pewien pies: "Zaskoczenie jest jedną z najlepszych broni wojownika, a pochopne postępowanie mu nie przystoi", dlatego postanowiłam pozostać do czasu gdy zobaczę szczeniaka. Nie będzie sensu bić się o zwłoki. Zaczaiłam się więc w ów krzakach i powoli zbliżałam się. Wtedy zobaczyłam szczyla. Mała szczerzyła kły w stronę psa, który uważał to za zabawne i co chwila ranił małą. Wyskoczyłam z krzaków i popchnęłam psa. Ten gdy tylko się otrząsnął spojrzał na mnie z zaskoczeniem i zaśmiał się. 
- Ayano! 
- Chyba sobie drwisz?! Jakim cudem znasz moje imię?! - zawarczałam. 
- To ja... Kun. - Odezwał się owczarkowaty pies. Wtedy zaświeciło się światełko w tunelu mojej niepamięci! No tak, to ten pies z którym chodziłam do sierocińca! Zawsze śmiałam się z jego imienia. Dopiero potem ogarnęłam się, że jego imię oznacza "w tym samym wieku". Co nawet się zgadało. Kun nawet jako dorosły pies lubił się bawić jak głupi szczeniak. Jedno z najfajniejszych wspomnień jakie wiązałam z Kun'em, było moje pierwsze morderstwo. To on był moim pomocnikiem, ale udało mu się potem zataić swoją zbrodnie, gdy ja zostałam oskarżona, od tego czasu się do niego nie odzywałam. Pamiętam to jakby to było wczoraj. Kun rozmawiał z Osaną, która była pierwszą suczką z jaką Taro rozmawiał. Zawsze się mu podlizywała, musiała zginąć! W końcu suka zaufała mojemu pomocnikowi do tego stopnia, że udała się z nim na przechadzkę i wtedy ją zaatakowałam. Kun upierał się by najpierw się z nią pobawić, ja mu na to pozwoliłam. Kilka razy wykorzystał Osanę do swoich niegodziwych celów i w końcu oddał całą poobijaną, a ja skróciłam jej męki. Taki los spotykał każdą, która dotknęła mojego Taro. A teraz jak widać i jego wywalili z naszej rodzinnej sfory.  
- Kun... dalej taki sam. Gwałciciel i znęcacz... - rzuciłam oschle. 
- Ale ja nie zabijam. 
- Ta... robisz im wielką łaskę. - drwiłam z psa. - Ale tego szczyla to zostaw mi. 
- Oh... miałem nadzieje na małą zabawę... - spojrzał na suczkę. 
Kun
- Dostałam zadanie, by zanieść ją do domu... Oddaj mi szczeniaka! - zawarczałam. 
- Od kiedy jesteś taka dobra, co? Ayano dobry aniołek?- zadrwił. 
- Natychmiast mi ją oddaj!
- Bo co?! Zabijesz mnie? Ayano... jestem silniejszy, nie dasz rady. 
- Oddaj szczeniaka!
- A może podyskutujemy. Ty dasz się, a ja Ci ją oddam. Zawsze chciałem Ci to zaproponować. 
- Cię naprawdę poje*ało! Głupi szczeniak! - zawarczałam. 
- Nie potrzebuję pomocy, sama sobie poradzę! - odezwała się mała wilczyca z pewną miną. 
- Ta, właśnie widzę. - powiedziałam spoglądając na jej rany. - Nie znasz Kun'a. 
- To jak Ayano? Układ jak zawsze? Ja się pobawię, a ty zabijesz? 
- Już Ci mówiłam, muszę ją odnieść ŻYWĄ, niestety. - zawarczałam jeszcze raz. Miałam szczerze dość dążenia dalej tej bezsensownej rozmowy. Chciałam wykonać swoje zadanie i mieć to z głowy, a teraz Kun mi to utrudniał. Podeszłam do szczeniaka i popchnęłam ją w stronę krzaków, z których wyskoczyłam. 
- Ej! - zawarczał Kun i rzucił się na mnie. Ugryzł boleśnie w bok, jednak udało mi się wymknąć zanim zacisnął szczęki mocniej. Złapałam za ogon i pies zawył z bólu. Szybko zadawałam ciosy zanim owczarek zdążył dopchać się do mojego gardła. Wtedy złapałam za brzuch. 
- Ayano, oszczędź! - jęknął. Znał ten chwyt, to własnie nim pozbywałam się swoich rywalek do serca Taro. Zaśmiałam się, ale szczęki miałam dalej zaciśnięte. Zaczęłam szarpać i masakrować mu brzuch. Pies zawył głośno, a gdy puściłam wydał z siebie zmęczone dechy i opuścił ciało. Nigdy bym się nie spodziewała, że zamorduje nawet psa, który kiedyś być może był moim jako takim "przyjacielem", ale Kun sam się o to prosił. Szczeniak popatrzył na krew na moim pysku z przerażonymi oczami. Zaśmiałam się cicho. 
- A ty? Myślisz, że ta wyprawa ujdzie Ci na sucho? - Zawarczałam przez uśmiech. - Myślisz, że komuś się chce tak Ciebie ratować od takich psów jak Kun?! 
- N...nie... 
- No właśnie, to może następnym razem posłuchasz się opiekunki czy tam matki i będziesz siedziała na dupie tak jak mówią?! - zawarczałam. 
- T...tak. 
- Jak Ci mówią? 
- Liberty. 
- Więc, Liberty, wracamy do domu! 
Ruszyłam pierwsza przodem, a za mną szła młoda wadera. Czułam od niej niepokój. Cóż, pewnie pierwszy raz widziała jak jakiś pies morduje drugiego psa. Była odważna, ale nie pewna swego, na wojownika się na pewno nie nada, może na obrońce, który zazwyczaj słucha się wszystkich i robi to co mówią, albo na szpiega, jest dość szybka, nadąża za mną. Co jakiś czas zerkałam za siebie patrząc na małą czy idzie. W końcu dotarliśmy do rzeki. Weszłam do wody i obmyłam się z krwi. Wtedy Liberty zapytała. 
- Ty, nie czułaś współczucia dla tego psa? Nie wahałaś się go zabić... Mimo, że go znałaś. 
Spojrzałam na nią z drwiną. 
Liberty
- Zapamiętaj sobie smarku, współczucie jest słabością! Gdybym ja tego nie zrobiła to on by mnie zabił, a jakoś mi się nie pali iść na tamten świat. 
- Ale zrobiłaś to... tak okrutnie. 
- Lubię patrzeć na cierpienie. Taka moja taktyka. I lepiej dla Ciebie, żebyś mnie więcej nie spotkała... nie będę Cię wielokrotnie odprowadzać do matki! Następnym razem podzielisz los tego psa! 
Szczenię podkuliło ogon i położyło uszy po sobie. Bała się mnie, to było widać. Cóż, tym lepiej dla niej. Wyszłam z wody i pognałam ją by iść dalej. 

Dotarliśmy do polany gdzie miała czekać wilczyca. Nathalie widząc Liberty przytuliła ją. Od tych czułości robi mi się nie dobrze więc przekręciłam oczami i zbliżyłam się do wilczycy. 
- Następnym razem jak zobaczę te szczeniaki same to obiecuję, żywych już ich nie znajdziecie! Myślisz, że sfora nie ma co robić tylko uganiać się za jakimiś bachorami nieogarniętej wilczycy!? Powtarzam jeszcze raz! Nie chce widzieć tych szczeniaków bez opieki! Wiesz, że Liberty niemało została zgwałcona przez psychicznego psa!? - wyszczerzyłam kły. Wtedy odezwała się  Brooklyn warcząc na mnie cicho. 
- Ayano, przestań... To mogło się zdarzyć najlepszym matkom! 
W odpowiedzi prychnęłam, nie obchodziło mnie to, jedynie cieszyłam się, że mam już to z głowy. Nie mam ochoty szukać następnych szczeniaków, których jakieś niedorozwinięte wilczyce nie umiały upilnować. Jak się nie umie, to na chorobę mieć?! Nie rozumiem tego. Odeszłam zostawiając "szczęśliwą rodzinę" za sobą. Jak już wspomniałam, od czułości robiło mi się nie dobrze, więc... 

Udałam się do swojego legowiska. Cały dzień zszedł mi na poszukiwaniu tego szczeniaka. Zjadłam więc pozostałości z wczorajszej kolacji i położyłam się spać. Jednak co chwilę budziłam się jakby coś nie dawało mi spokoju. Przez Kun'a, którego miałam dzisiaj przyjemność spotkać... i zabić, przypomniały mi się zmasakrowane ciała moich ofiar, te siniaki i ślady gwałtu, a potem ciało Taro. Jego jedynego zabiłam ciosem w szyję. Tej nocy te wizje nękały mnie do rana. Dopiero teraz trochę pożałowałam tego co zrobiłam. Ich dusze, dusze zamordowanych nigdy nie odpuszczą mi tego co im zrobiłam. Pewnie niebawem będę miała okazję spotkać się z nimi by rozliczyły się ze mną z tego co im zrobiłam.

Opowiadanie zaliczone! //Brooklyn